02.09.2024, 22:52 ✶
To było ciutkę bardziej pocieszające. Przynajmniej mieli jeszcze kilka lat zanim super-gęsi postanowią rzucić się do opanowania świata. Chwilowo najpewniej ewoluowały w swoim podziemiu, zgrzytając nowo nabytymi zębami i zacierając całkowicie mięciutkie piórka na skrzydełkach. Ktoś mógłby pomyśleć, że nawet całkiem uroczo.
- Skądże - odparł sarkastycznie, przełykając tę drobną uszczypliwość ze strony siostrzyczki. - Całą wiedzę opieram na czystych spekulacjach - jeśli ktoś kiedykolwiek by go spytał, nie miał żadnej kosy z gęsiami ani innym drobiem. W końcu był poważnym czystokrwistym czarodziejem. Oni nie brali udziału w żadnych głupich wydarzeniach. Po zachowaniu niektórych można było wręcz uznać, że nawet nigdy nie byli dziećmi. Niczym wprawni gracze w życie, zgrabnie przeskoczyli ten niewygodny etap i od razu osiągnęli słuszną dojrzałość. Mieli doświadczenia z Hogwartu, ale zawsze świecili przykładem i w młodym wieku przewyższali swoich kolegów. Równie dobrze od razu mogli tam uczyć.
- Mężczyzna z głuszy - mruknął, kiwając głową - bez domu, za to także bez wyglądu i bez nazwiska. Okay, da się zrobić - wcale nie chciał zabrzmieć jak dupek. Właściwie to tylko żartował, żeby trochę rozluźnić atmosferę, ale zaledwie minutę później wyciągnął rękę w stronę Rosie i spoważniał. - Spróbuję, okay? Nie będziemy mieszać ojca - umowa była umową. Jeśli Roselyn nie chciała udziału ojca w sprawie, to nie miało go być. Ambroise sądził, że nie mówiła mu kompletnie wszystkiego. Było coś więcej w jej zamyśleniu, co nakazało mu wziąć to pod uwagę, ale zamierzał uszanować jej decyzję.
- Podziękuj za to pacjentom z Munga - beztrosko wzruszył ramionami. - Tak między nami, nawet nie próbuję się do nich umywać. Oni są w tym naturalnie wybitni - o tak, dobrze wiedział, o czym mówi.
Co najlepsze, w żadnym razie nie przesadzał, gdy twierdził, że takiej sprawności w przemykaniu między tematami nie dało się wypracować. Szczególnie wtedy, kiedy pytał o konieczne, ale bardzo niewygodne kwestie, jego pacjenci momentalnie odkrywali dwadzieścia innych rzeczy, o których dosłownie musieli powiedzieć. Nagle mieli jakąś śmieszną opowiastkę o członku rodziny, któremu zdarzyła się podobna sytuacja (ale oczywiście, tamten to był głupszy, prawdziwy nieuważny idiota). Albo potrzebowali zadać szereg bezsensownych pytań. Znajdowali ciekawy widok za oknem. Musieli udać się do łazienki. Do wyboru, do koloru. Greengrass mimowolnie musiał nauczyć się lawirowania między wypowiedziami na różnorakie tematy w taki sposób, żeby móc szybko wrócić do tych najpopularniejszych.
Nawet nie zauważał, kiedy wykorzystywał to poza szpitalem. Tak bardzo weszło mu w krew. Ta pracowa osobowość zaczynała mieszać się z prywatną i na odwrót. Coraz częściej łapał się na tym, że był uzdrowicielem w domu i odwrotnie. Nie, nie domem w uzdrowicielu, oczywiście (choć zawsze nosił kawałek domu w sercu, jasne). Po prostu wykorzystywał swoją bardziej cywilną osobowość zawodowo. Szczególnie podchwytliwe były takie momenty jak ten. Naturalna ciekawość sprawiała, że nietrudno było go wmanewrować w dodatkowe aktywności, nawet jeśli jeszcze przed chwilą bolały go palce od warzenia eliksirów na potrzeby Munga.
Poza tym, tu chodziło o Roselyn, jej osiągnięcia i ich rodzinne interesy. Mógłby być dosłownie wykończony, a i tak nie odmówiłby jej udziału w dowolnym szalonym eksperymencie.
Lubił widzieć błysk w jasnych oczach siostry. Poprawiało mu humor, gdy jaśniały niczym dwa bardzo niebieskie punkciki wody. Cieszyło go, że miała powody, by być podekscytowana, że nadal umiała czerpać radość z życia. Smutek i przytłoczenie nie były u niej naturalnym stanem, dlatego raniło go, gdy widział w niej podobne emocje. Zasługiwała na wszystko, o czym mówiła, każdy sukces i dalsze życzenie. Jeśli komuś miało się udać, to cieszył się, że właśnie jej.
- Jeszcze pytasz? - spapugował jej ekscytację, choć faktycznie czuł się bardzo zainteresowany tym, co stworzyła i odkryła. Może nie był w stanie skakać jak młodociana sarenka, ale bez wahania ujął wyciągniętą rękę Roselyn, wstając od stolika. Herbata i wszystko inne zdecydowanie mogły zaczekać.
- Nikomu, przenikomu, przenigdy - obiecał na mały paluszek, domykając ich układ. - Niech mnie gęsi zjedzą, jeśli będzie inaczej - powiedział poważnie. A chwilę wcześniej uświadomiła go, że miały zęby. Czy musiał dodawać więcej? - Prowadź zatem - wyciągnął do niej rękę, którą wcześniej puścił, żeby nawiązać przysięgę. Jakoś pasował mu ten kontakt. W końcu to była ta wyjątkowa, szczególna okazja.
- Skądże - odparł sarkastycznie, przełykając tę drobną uszczypliwość ze strony siostrzyczki. - Całą wiedzę opieram na czystych spekulacjach - jeśli ktoś kiedykolwiek by go spytał, nie miał żadnej kosy z gęsiami ani innym drobiem. W końcu był poważnym czystokrwistym czarodziejem. Oni nie brali udziału w żadnych głupich wydarzeniach. Po zachowaniu niektórych można było wręcz uznać, że nawet nigdy nie byli dziećmi. Niczym wprawni gracze w życie, zgrabnie przeskoczyli ten niewygodny etap i od razu osiągnęli słuszną dojrzałość. Mieli doświadczenia z Hogwartu, ale zawsze świecili przykładem i w młodym wieku przewyższali swoich kolegów. Równie dobrze od razu mogli tam uczyć.
- Mężczyzna z głuszy - mruknął, kiwając głową - bez domu, za to także bez wyglądu i bez nazwiska. Okay, da się zrobić - wcale nie chciał zabrzmieć jak dupek. Właściwie to tylko żartował, żeby trochę rozluźnić atmosferę, ale zaledwie minutę później wyciągnął rękę w stronę Rosie i spoważniał. - Spróbuję, okay? Nie będziemy mieszać ojca - umowa była umową. Jeśli Roselyn nie chciała udziału ojca w sprawie, to nie miało go być. Ambroise sądził, że nie mówiła mu kompletnie wszystkiego. Było coś więcej w jej zamyśleniu, co nakazało mu wziąć to pod uwagę, ale zamierzał uszanować jej decyzję.
- Podziękuj za to pacjentom z Munga - beztrosko wzruszył ramionami. - Tak między nami, nawet nie próbuję się do nich umywać. Oni są w tym naturalnie wybitni - o tak, dobrze wiedział, o czym mówi.
Co najlepsze, w żadnym razie nie przesadzał, gdy twierdził, że takiej sprawności w przemykaniu między tematami nie dało się wypracować. Szczególnie wtedy, kiedy pytał o konieczne, ale bardzo niewygodne kwestie, jego pacjenci momentalnie odkrywali dwadzieścia innych rzeczy, o których dosłownie musieli powiedzieć. Nagle mieli jakąś śmieszną opowiastkę o członku rodziny, któremu zdarzyła się podobna sytuacja (ale oczywiście, tamten to był głupszy, prawdziwy nieuważny idiota). Albo potrzebowali zadać szereg bezsensownych pytań. Znajdowali ciekawy widok za oknem. Musieli udać się do łazienki. Do wyboru, do koloru. Greengrass mimowolnie musiał nauczyć się lawirowania między wypowiedziami na różnorakie tematy w taki sposób, żeby móc szybko wrócić do tych najpopularniejszych.
Nawet nie zauważał, kiedy wykorzystywał to poza szpitalem. Tak bardzo weszło mu w krew. Ta pracowa osobowość zaczynała mieszać się z prywatną i na odwrót. Coraz częściej łapał się na tym, że był uzdrowicielem w domu i odwrotnie. Nie, nie domem w uzdrowicielu, oczywiście (choć zawsze nosił kawałek domu w sercu, jasne). Po prostu wykorzystywał swoją bardziej cywilną osobowość zawodowo. Szczególnie podchwytliwe były takie momenty jak ten. Naturalna ciekawość sprawiała, że nietrudno było go wmanewrować w dodatkowe aktywności, nawet jeśli jeszcze przed chwilą bolały go palce od warzenia eliksirów na potrzeby Munga.
Poza tym, tu chodziło o Roselyn, jej osiągnięcia i ich rodzinne interesy. Mógłby być dosłownie wykończony, a i tak nie odmówiłby jej udziału w dowolnym szalonym eksperymencie.
Lubił widzieć błysk w jasnych oczach siostry. Poprawiało mu humor, gdy jaśniały niczym dwa bardzo niebieskie punkciki wody. Cieszyło go, że miała powody, by być podekscytowana, że nadal umiała czerpać radość z życia. Smutek i przytłoczenie nie były u niej naturalnym stanem, dlatego raniło go, gdy widział w niej podobne emocje. Zasługiwała na wszystko, o czym mówiła, każdy sukces i dalsze życzenie. Jeśli komuś miało się udać, to cieszył się, że właśnie jej.
- Jeszcze pytasz? - spapugował jej ekscytację, choć faktycznie czuł się bardzo zainteresowany tym, co stworzyła i odkryła. Może nie był w stanie skakać jak młodociana sarenka, ale bez wahania ujął wyciągniętą rękę Roselyn, wstając od stolika. Herbata i wszystko inne zdecydowanie mogły zaczekać.
- Nikomu, przenikomu, przenigdy - obiecał na mały paluszek, domykając ich układ. - Niech mnie gęsi zjedzą, jeśli będzie inaczej - powiedział poważnie. A chwilę wcześniej uświadomiła go, że miały zęby. Czy musiał dodawać więcej? - Prowadź zatem - wyciągnął do niej rękę, którą wcześniej puścił, żeby nawiązać przysięgę. Jakoś pasował mu ten kontakt. W końcu to była ta wyjątkowa, szczególna okazja.