— A ty już pocałowałeś Jonathana? — zapytał pół śniącym, nieco wyzywającym tonem Morpheus, który od kilku chwil nie pamiętał, że znajdują się na powietrznym ogrodzie, na gloryfikowanym balkonie. Daleko było do brzegu, leżeli na plecach, na jeszcze miękkiej trawie i patrzyli w gwiazdy. Z łatwością odnajdywał jesienne konstelacje, wschodzące na niebo, zapowiadające szarugę i deszcze. Perseusz, Pegaz, Cassiopeia, na granicy widzenia galaktyka Andromedy.
Czyste niebo świtało już na brzegach fioletami i różem, zapowiadając piękny dzień, idealny na świętowanie dnia, w którym umiera bóg. Rzeź, zaczynająca się na żniwach, podczas Lithy, teraz miała swój kres. On to wiedział, będąc synem Doliny Godryka, jego rodzina w posiadaniu bezkresnych pól pszenicy, kukurydzy, pastwisk ze swoimi stadami, wydzierżawionymi rolnikom. Nie parał się ciężką pracą, nie w fizycznym rozumieniu, zresztą nikt z jego famili nie sięgał po pług.
Uczestniczyli jednak w rytmie społeczności. W dożynkach i wiejskich zabawach. Morpheus uczył się sam kroków rock'n'rolla i walczyka na klepiskach, z dziewczynami, które mały bardziej szorstkie dłonie niż on i nazywały go paniczykiem. Przaśne dzieciństwo, które zostawało odcięte, jak wstążki majowego słupa, po zakończonych celebracjach, gdy nadchodził czas edukacji, niejako oficjalnego dołączenia do socjety czarodziejów. Był czas w domu i czas w towarzystwie śmietanki. Morpheus znacznie preferował akademickie grono ale rozpoznawalność znaków naturalnego cyklu pozostała w nim. Niewielka, ale obecna.
Z rękoma podpierającymi głowę, w samym podkoszulku i spodniach na szelkach, żeby nie wybudzić mundurka (ten był dla niego jak mundur rodzeństwa, należało przynosić mu honor), wypatrywał jakichś zagubionych komet, lecz nie mógł wypowiedzieć życzenia.
Złoty łańcuszek z harfą Apolla zaczął wżynać mu się w skórę, gdy obrócił głowę, aby popatrzeć na przyjaciela. Nie kładł się bo i tak by nie zasnął. Myślał tylko o jednym i miał wrażenie, że było to wieki temu, nie kilka godzin wstecz. Nadal czuł na policzku piekący ból uderzenia, bardziej przez zaskoczenie, ale przede wszystkim miał wrażenie, że nadal czuje zapach Dolohova na skórze, nawet jeśli, wiedział to, nie zrobili niczego aż tak zdrożnego, aby na nim to pozostało. W głębi coś mu kazało być obrzydzonym swoimi czynami ale taki był przecież Anthony, a jego najlepszy przyjaciel nigdy by go nie obrzydzał, bez względu na to co robił. W końcu to był Anthony. I Dolohov, pieprzony Dolohov, z przemądrzałą miną. Najgorsze było to, że to przyszło jak grom z nieba. Chciał po prostu go zdemaskować, a zmył oszustwo z własnej twarzy.
Ściskało go w żołądku, gdy o nim myślał. Nigdy o nikim tak nie myślał. Nigdy konkretnie. Teraz fantazje nastoletniego umysłu miały konkretną twarz. Konkretną budowę ciała. I z tym Morpheus nie mógł sobie poradzić.