03.09.2024, 10:12 ✶
Ciało kłamało. Mówiło, że przed chwilą rumieniec niósł ze sobą dyskomfort ale TERAZ och, jakże piekła go twarz, a wszystko w środku wywinęło się na drugą stronę. Morpheus rzadko kiedy się hamował, rzadko kiedy w rozpędzeniu, w szarży, w ogniu, który stanowił rdzeń jego istoty, rzadko kiedy był w stanie zatrzymać się. To można było obrócić w żart, można było pośmiać się z głupich, miękkich pedałków i ich zamiłowania do latania na twardym trzonku miotły. Żeby to raz słyszał takie żarty, żeby to sam ich nie mówił, aby szczekać jak hałastra, nie wyróżniać się z tłumu, przechwalać swoją dziewczynką, która no niestety, odwiedzi go dopiero w wakacje, ale patrzcie to jest jej piękny pukiel czarnych włosów pachnących pustynią.
Ale to był Morpheus. Jego Morpheus. Ten który doskonale wie gdzie przycelować i użądlić żeby bolało najbardziej. Dobrze, że Anthony leżał, bo pewnie zatoczyłby się od kołowrotka emocjonalnego, który zafundował mu Longbottom. Zaraz świtało, a jemu w ogóle nie chciało się spać. Mógł kłamać. Mógł się wypierać. Mógł też milczeć, albo po prostu sobie pójść. Tyle ścieżek, każda gorsza od drugiej.
Cudowna nagroda za pomoc i skrzydłowanie dupka o przerośniętym ego.
Mógł się wściec bardziej i przywalić mu, choć pewnie byłoby to z podobnie żałosnym efektem co cios wymierzony przez Dolohova. Intelektualiści z założenia szczycili się wagą piórkową, a wszyscy wiedzieli, że Longbottom powinien być w innej wieży. Tak samo jak Shafiq powinien być w podziemiach...
Ale byli tutaj, a oba pytania wisiały w powietrzu, czyniąc je parzącym doświadczeniem.
Odetchnął głęboko, panując nad ciałem na tyle na ile to było możliwe. Nie patrzył na niego, tylko w niebo, wyrzucając sobie i punktując wszystkie momenty w których mógł popełnić błąd. Oklumencja wystarczała, by osłonić się przed trzecim okiem, ale przecież ludzie mają parę zwykłych oczu i mózgi. W większości przypadków.
– Aż tak widać? – zapytał matowo, dając tyle słów ile udało mu się wycisnąć przez gardło, pogrążony we wstydzie i braku zrozumienia dla własnej natury.
Ale to był Morpheus. Jego Morpheus. Ten który doskonale wie gdzie przycelować i użądlić żeby bolało najbardziej. Dobrze, że Anthony leżał, bo pewnie zatoczyłby się od kołowrotka emocjonalnego, który zafundował mu Longbottom. Zaraz świtało, a jemu w ogóle nie chciało się spać. Mógł kłamać. Mógł się wypierać. Mógł też milczeć, albo po prostu sobie pójść. Tyle ścieżek, każda gorsza od drugiej.
Cudowna nagroda za pomoc i skrzydłowanie dupka o przerośniętym ego.
Mógł się wściec bardziej i przywalić mu, choć pewnie byłoby to z podobnie żałosnym efektem co cios wymierzony przez Dolohova. Intelektualiści z założenia szczycili się wagą piórkową, a wszyscy wiedzieli, że Longbottom powinien być w innej wieży. Tak samo jak Shafiq powinien być w podziemiach...
Ale byli tutaj, a oba pytania wisiały w powietrzu, czyniąc je parzącym doświadczeniem.
Odetchnął głęboko, panując nad ciałem na tyle na ile to było możliwe. Nie patrzył na niego, tylko w niebo, wyrzucając sobie i punktując wszystkie momenty w których mógł popełnić błąd. Oklumencja wystarczała, by osłonić się przed trzecim okiem, ale przecież ludzie mają parę zwykłych oczu i mózgi. W większości przypadków.
– Aż tak widać? – zapytał matowo, dając tyle słów ile udało mu się wycisnąć przez gardło, pogrążony we wstydzie i braku zrozumienia dla własnej natury.