Odszukał w pamięci wszystkie przesłanki, które miał w głowie, które sprawiły, że połączył nitki zauroczenia Anthony'ego w stronę Jonathana. Pierwszą, najbardziej widoczną, było absurdalne zablokowanie jego możliwości jasnowidza. Oklumenckie mury wzniesione jak bastiony, śliskie, lodowe bariery, na które wspięcie było albo przypadkiem albo bardzo mozolną walką z żywiołem. Drugą były ucieczki. Unikanie Jonathana, zwłaszcza podczas propozycji nasiadówek w łaźni.
Po trzecie, z Jeźdźców, Morpheus był tym, który zauważał najwięcej. Potrafił dostrzec, gdy Jonathan sprawdza nici, widział ruch jego oczu. Nauczony od maleńkości, że wszystko ma znaczenie, liczył ilość psiknięć, ptaków na gałęzi czy że kamienie ułożyły się w konkretny sposób, tworząc znak. Dostrzegał wzorce w chmurach i opadających liściach. Musiał. Był wieszczem. Więc nie, to co wiedział nie pochodziło z oczywistych źródeł.
— Tak ogólnie? Nie. Ale ja widzę, bo cię znam, znam ten wyraz twarzy, to drgnięcie mięśni. I widzę ścieżki wyborów. Dobrze się kryjesz, ale czasami nadal je widzę. A one bazują na intencjach, nie arbitralnych możliwościach — powiedział, przypominając mu rozmowę sprzed wielu lat, gdy ułomnie starał się wytłumaczyć, jak wygląda z jego perspektywy możliwość zaglądania za zasłonę teraźniejszości, ku nadchodzącym minutom.
Nie patrzył na Anthony'ego. Ciemność pozwała na pewnego rodzaju szczerość, która nie istniała przy świetle dnia. Podniósł się na chwilę do siadu i wyciągnął z kieszeni papierosy. Nadal wmawiał sobie, że nie ma problemu, że to nie nałóg, tylko na uspokojenie. Zapalił papierosa od różdżki i zaproponował jednego Antoniuszowi. Czerwień rozjażyła się na końcu bibułki, siny dym zabielił się dookoła Morpheusa, jak zaklęcie. Mocne papierosy podebrane któremuś z braci. Prefekt, psia jego mać.