03.09.2024, 14:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2024, 14:30 przez Icarus Prewett.)
Na pewno nie spodziewał się, że Mona sprzeda Gregory'emu tak zwany cios w ryj, a jeszcze bardziej zaskoczyło go głośne chrupnięcie, kiedy pięść dziewczyny spotkała się z nosem tlenionego Ślizgona. Dobrze, że to był ich ostatni rok, bo Icarus raczej nie spodziewał się zaproszenia na kolejne przyjęcie. To nie było oczywiście ważne. Mona właśnie przyłożyła szkolnemu dręczycielowi. Miała odwagę to zrobić przy tych wszystkich nadętych idiotach, którzy cieszyli się brakiem uwagi Gregory'ego lub nawet jego przyjaźnią.
Dał się Monie wyciągnąć za rękaw z komnaty. Był wciąż wmurowany, nie był w stanie wydusić słowa. Tysiące uczuć mieszało się w nim jak w jakimś kotle, a Icarus powoli zaczynał rozpoznawać, jaki wytwarzał się z tego eliksir. Przez tak długo był ślepy i głupi! To był ten stan, który nagle objawiał się jako oczywista odpowiedź na długotrwałe wątpliwości. Pokaz odwagi Mony był jak zapalająca się nad jego głową lampka, a raczej jak zaklęcie, które wreszcie ją włączyło. Być może powinno go to przerazić. W końcu było to coś, za co ludzie umierali, co przysparzało cierpień. Ale Icarus cierpiał, gdy tłumił w sobie te uczucia. Nie mógł okłamywać sam siebie.
Nie wiedział, jak to wyrazić. Nawet słowo na „k” wydawało mu się na razie nieodpowiednie. Dlatego posłuchał głosu serca, jakiegoś instynktu. Kiedy Mona zaczęła pytać go, czy wszystko w porządku, położył jej palec na ustach. Szkolny korytarz był może mało romantycznym miejscem, ale... do diabła z tym! Chciał to zrobić przez całe przyjęcie.
– Czy mógłbym... – zająknął się, czując jak płonęły jego policzki, jak drżał z nerwów. Patrzył jej jednak w oczy, nie opuszczając wzroku. Musiał zadać to pytanie. Zrobić to właściwie. – Czy mógłbym cię pocałować?
A co jeśli powie „nie”? Nie... to było ryzyko, które musiał na siebie wziąć. Wtedy... o wszystkim zapomni. Poradzi sobie z tym uczuciem. Gorzej by było, gdyby go za to znienawidziła. Gdyby uznała, że wszystko psuł i nie mogliby się już nigdy spotkać. Tego by nie wytrzymał. Nie chciał jej tracić. Nie mógł jej stracić.
Dał się Monie wyciągnąć za rękaw z komnaty. Był wciąż wmurowany, nie był w stanie wydusić słowa. Tysiące uczuć mieszało się w nim jak w jakimś kotle, a Icarus powoli zaczynał rozpoznawać, jaki wytwarzał się z tego eliksir. Przez tak długo był ślepy i głupi! To był ten stan, który nagle objawiał się jako oczywista odpowiedź na długotrwałe wątpliwości. Pokaz odwagi Mony był jak zapalająca się nad jego głową lampka, a raczej jak zaklęcie, które wreszcie ją włączyło. Być może powinno go to przerazić. W końcu było to coś, za co ludzie umierali, co przysparzało cierpień. Ale Icarus cierpiał, gdy tłumił w sobie te uczucia. Nie mógł okłamywać sam siebie.
Nie wiedział, jak to wyrazić. Nawet słowo na „k” wydawało mu się na razie nieodpowiednie. Dlatego posłuchał głosu serca, jakiegoś instynktu. Kiedy Mona zaczęła pytać go, czy wszystko w porządku, położył jej palec na ustach. Szkolny korytarz był może mało romantycznym miejscem, ale... do diabła z tym! Chciał to zrobić przez całe przyjęcie.
– Czy mógłbym... – zająknął się, czując jak płonęły jego policzki, jak drżał z nerwów. Patrzył jej jednak w oczy, nie opuszczając wzroku. Musiał zadać to pytanie. Zrobić to właściwie. – Czy mógłbym cię pocałować?
A co jeśli powie „nie”? Nie... to było ryzyko, które musiał na siebie wziąć. Wtedy... o wszystkim zapomni. Poradzi sobie z tym uczuciem. Gorzej by było, gdyby go za to znienawidziła. Gdyby uznała, że wszystko psuł i nie mogliby się już nigdy spotkać. Tego by nie wytrzymał. Nie chciał jej tracić. Nie mógł jej stracić.