Nie czuła się zakłopotana, bardziej zdziwiona tym, jak celnie potrafił strzelać. Powinna się tego spodziewać, już przy pierwszym spotkaniu zauważyła, że był całkiem bystry, nie bez powodu dyskusja z nim sprawiała jej wtedy przyjemność. Nie przepadała za miałkimi osobami, które tylko przytakiwały, zdecydowanie większą frajdę sprawiało jej to delikatnie podszczypywanie się nawzajem.
Koneksje wiele znaczyły w ich świecie. Nie słyszała nigdy nic na jego temat, dlatego zmrużyła oczy i przyglądała mu się dłuższą chwilę. Był dosyć pewny swojej wypowiedzi, Odpowiedni ludzie to wiedzą zupełnie nie wahał się, kiedy o tym mówił, musiał być przekonany, że faktycznie nikt nie zrobi krzywdy jego kuzynce. Nie wyglądał jej na kogoś, kto obracał się w towarzystwie osób o nieodpowiedniej renomie, ale miała świadomość, że mogą to być tylko pozory. Uzdrowiciele pewnie świadczyli usługi najróżniejszym czarodziejom, sam wspominał jej o tym, że można sobie wykupić prywatne wizyty. Być może wiele osób wisiało mu przysługi. To mogło powodować tę pewność siebie.
- Nie wyglądasz mi na kogoś kto otacza się potworami. - Powiedziała lekko dolewając sobie kolejną szklankę alkoholu. Powoli zaczynał ją dręczyć głód nikotynowy. Kiedy piła zmagał się, wychyli jeszcze z dwie, trzy porcje złotego trunku, a będzie musiała wyjść na zewnątrz. Tym się będzie jednak martwiła za chwilę. Szkoda było przerywać tę barwną rozmowę.
Yaxley wiedziała, że nic nie łączyło arystokracji tak jak nielegalne interesy. Sama na sali widziała sporo osób, którym dostarczała ingredienty, które niekoniecznie można było dostać w sklepach. Czarny rynek kwitł, a ona była jednym z dostawców tych składników. Czy była z tego dumna? Niekoniecznie, ale ktoś musiał się tym zajmować, była to nisza w której się odnajdywała, a przy okazji przynosiła spore zyski. Biznes kwitł, jednak nikt o tym nie mówił.
Wiedziała też, że te potwory, które znajdowały się na przyjęciu nie będą zamierzały narazić się jej ojcu, zresztą ona też zdążyła już pokazać im swój temperament. Nie bała się ich, nie tutaj, chociaż kto wie, co mogłoby się wydarzyć w ciemnej alejce? Nie sądziła jednak, żeby komukolwiek zależało na jej krzywdzie, była im potrzebna, co powodowało, że stała się nietykalna, przynajmniej jak na razie, dopóki mogła im dawać to, czego potrzebowali.
- To musi być smutne, tęsknić za dawnym życiem i nie robić tego na co masz ochotę przez to, że nie chcesz, aby inni to komentowali. - Był to jej największy strach, że kiedyś skończy jako stara, zgnuśniała baba, która będzie żyła życiem innych osób. Póki co, wydawało jej się, że raczej się to nie stanie, nie pozwoliłaby na to, potrzebowała adrenaliny prawie tak jak tlenu, zawsze gdzieś z tyłu pozostawała gdzieś obawa, co jeśli? Co jeśli jej rodzice postanowią wbrew jej woli znaleźć jej męża, usidlą ją w jakiejś pięknej rezydencji z gromadą bachorów. Na samą myśl o takiej wizji przyszłości przeszedł ją zimny dreszcz po plecach. Kobiety miały zdecydowanie gorzej, były zależne od tego, czego wymagała od nich rodzina. W ostateczności mogłaby się od nich odciąć, ale to wiązałoby się z tym, że jej skrytka z rodowym bogactwem zostanie odcięta, dalsze konsekwencje niosły brak zagranicznych podróży, brak przygód. Tego nie była w stanie zaakceptować. Póki co była młoda, nikt nie męczył ją jeszcze wizją zamążpójścia jakoś zbyt mocno, ale wiedziała, że z każdym upływającym rokiem jej życia będzie się to zmieniać. Cała nadzieja w ojcu - liczyła na to, że będzie ją wspierał w ścieżce którą wybrała, gniew matki jakoś zniesie.
Przesunęła dyskretnie wzrok w stronę kobiety, o której zaczął opowiadać. Nie przyglądała się jej nachalnie, żeby nie domyśliła się, iż o niej plotkują. - Cóż, teraz wygląda jakby miała zaraz zawinąć się w sen zimowy w jakiejś jaskini. - To futro. Musiało być jej niemiłosiernie gorąco. Gerry nigdy nie rozumiała poświęcenia kobiet związanego ze strojami. Ją naprawdę wiele kosztowało ubranie tej sukienki, ale przynajmniej nie było w niej gorąco, tylko nieco za bardzo ją opinała. W futrze... cóż musiało być w tej chwili bardzo gorąco. Dziwne, że jeszcze się nie roztopiła, chociaż wyglądała, jakby za chwilę miało się to wydarzyć.
- Teraz chyba robi za ozdobę swojego męża, w tym już nie ma żadnego szaleństwa. - Miała świadomość, że w ten sposób kończyła większość kobiet, trochę jak przedmiot, biżuteria. Arystokraci lubili się chwalić swoimi pięknymi żonami, chcieli, aby inni im zazdroszczyli, szkoda, że mało który z nich zauważał, że kobiety są im równe i mają dużo więcej do zaoferowania niżeli ładna buzia. Mąż pani Rosier wydawał się w ogóle nią nie przejmować, może każdy z tych etapów był już za nimi. Teraz podążała za nim niczym cień, a on wydawał się nie zauważać jej obecności. Smutny owoc żywota czystokrwistych kobiet.
- Czy to wyzwanie? - W jej oczach pojawił się błysk. Mogłaby sypać plotkami na swój temat z rękawa, wiele ich się pojawiło przez te kilka lat od kiedy zaczęła bywać na salonach. Przysunęła w jego stronę swoją szklankę, aby jej również dolał alkoholu, nie miała pojęcia, która to już szklanka, przestała liczyć. Nie wydawało się to w tej chwili ważne. Wypity alkohol spowodował, że zrobiło jej się ciepło i przyjemnie lekko. Humor jej dopisywał. - Zgoda, to może być całkiem ciekawe doświadczenie. - Nie miała problemu z tym, żeby dzielić się plotkami na swój temat, nawet jeśli niektórzy uważali, że w plotkach zawsze jest odrobina prawdy. - Opowiadają, że sprowadzam do siebie młodych chłopców, upijam i demoralizuję, piję ich krew, a następnie zostawiam, a gdy do mnie wracają to udaję, że się nie znamy. - Niesamowicie ją to bawiło, bo trochę porównywali ją do wampirów, którymi przecież gardziła, jak całą resztą przeklętych bestii. - Teraz twoja kolej. - Czekała przyglądając się uważnie Greengrassowi, nie miała pojęcia o tym, czym mógłby ją zaskoczyć. Sama Ger raczej unikała plotek, nie wchodziła w dyskusje na temat obcych osób, interesowało ją, co mogliby o nim opowiadać.
- Chętnie obejrzę takie przedstawienie, upadki wydają się być zdecydowanie zabawniejsze od tego, gdy wszystko jest zaplanowane. - Na pewno będzie czekała na to gdzieś z boku. Kto wie jednak, czy wydarzy się to prędko.Póki co Macmillanowie nadal wydawali się być w całkiem niezłej formie.
- Niech żyje.. - Uniosła swoją szklankę, aby zawtórować mu w toaście. Jej wzrok na chwilę zawiesił się na tlumie tańczących osób. Najwyraźniej całkiem nieźle się bawili. Ciekawe, jak oni by przeżyli bez tych wystawnych, macmillanowych przyjęć. Czuła, że mogłaby to być ogromna strata dla czarodziejskiej socjety.
[a]Delikatne rumieńce pojawiły się na jej policzkach, kiedy usłyszała komplement. Tym razem nieco zgrabniejszy od tego, którym uraczył ją ostatnio. - Sądziłam, że pijesz ze mną ze względu na bystrość mojego umysłu, czy powinnam się czuć urażona, że to jednak nie to? - Uniosła pytająco brwi i nachyliła się nieco w stronę mężczyzny. Był to żart, Yaxleyówna nadal nie do końca radziła sobie z komplementami, dlatego próbowała odwrócić kota ogonem.