03.09.2024, 15:53 ✶
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała dość zdawkowo, bo przecież teraz zaczęło to do niej docierać. To wszystko nie miało sensu, nic nie trzymało się kupy. To, że Dom Mody był otwarty, a suknia - chyba jej - była niedokończona. Że teraz czuli to paskudne zimno, że nagle drzwi zamknęły się z łoskotem, a Laurence próbował je otworzyć i... NIC. - Było tu całkowicie normalnie jeszcze kilka dni temu. Owszem, projektant nie należał do najmłodszych, ale przecież nic nie wskazywało na to, że umrze. No i miał chyba wiele lat przed sobą...
Powiedziała cicho, podchodząc do drzwi. Ostrożnie położyła dłoń na ramieniu Lestange'a. Gdy się odwrócił i ją objął ramieniem, instynktownie wcisnęła się w jego bok, jakby miała wrażenie, że tylko on jest w stanie ją ochronić. Bo owszem, była silna, była zaradna, była nieustępliwa ale nie oznaczało to, że nie odczuwała strachu. A patrząc na to, jak szybko temperatura w pomieszczeniu spadała i co tu się działo... To albo faktycznie ten sklep był nawiedzony, albo wpadli w jakąś wyjątkowo paskudną pułapkę.
- Trzeba było wybrać Rosiera - powiedziała cicho, zaciskając szczupłe palce na rękojeści różdżki. Wypukłości w drewnie wbijały się w jej skórę przyjemnie, jakby przedmiot chciał ją zapewnić, że nie zawiedzie.
Aż sapnęła, gdy zobaczyła światło, które przemknęło przez pomieszczenie. Jej oddech, podobnie jak oddech mężczyzny, zmieniał się w parę. Włoski na ciele podniosły się i Delacour nie była pewna, czy był to efekt zimna, czy też być może strachu. Bo bała się - widać to było po niej. Zbladła nawet, a że i tak była blada...
- Pokaż się! - ludzie różnie reagują, gdy grozi im niebezpieczeństwo. Niektórzy panikują, niektórzy próbują uciekać a niektórzy stają do walki. Najwyraźniej Camille należała do tego ostatniego gatunku, bo wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, chcąc ujawnić wszelkie istoty magiczne i nie, które mogłyby tu być.
Rzut na rozproszenie
Powiedziała cicho, podchodząc do drzwi. Ostrożnie położyła dłoń na ramieniu Lestange'a. Gdy się odwrócił i ją objął ramieniem, instynktownie wcisnęła się w jego bok, jakby miała wrażenie, że tylko on jest w stanie ją ochronić. Bo owszem, była silna, była zaradna, była nieustępliwa ale nie oznaczało to, że nie odczuwała strachu. A patrząc na to, jak szybko temperatura w pomieszczeniu spadała i co tu się działo... To albo faktycznie ten sklep był nawiedzony, albo wpadli w jakąś wyjątkowo paskudną pułapkę.
- Trzeba było wybrać Rosiera - powiedziała cicho, zaciskając szczupłe palce na rękojeści różdżki. Wypukłości w drewnie wbijały się w jej skórę przyjemnie, jakby przedmiot chciał ją zapewnić, że nie zawiedzie.
Aż sapnęła, gdy zobaczyła światło, które przemknęło przez pomieszczenie. Jej oddech, podobnie jak oddech mężczyzny, zmieniał się w parę. Włoski na ciele podniosły się i Delacour nie była pewna, czy był to efekt zimna, czy też być może strachu. Bo bała się - widać to było po niej. Zbladła nawet, a że i tak była blada...
- Pokaż się! - ludzie różnie reagują, gdy grozi im niebezpieczeństwo. Niektórzy panikują, niektórzy próbują uciekać a niektórzy stają do walki. Najwyraźniej Camille należała do tego ostatniego gatunku, bo wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, chcąc ujawnić wszelkie istoty magiczne i nie, które mogłyby tu być.
Rzut na rozproszenie
Rzut Z 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!