Prawdopodobieństwo takiego spotkania Morpheusa Longbottoma i Rodolphusa Lestrange wynosiło 0.0005%. Co ciekawe podobne prawdopodobieństwo zostało określone na atak zaklęciem niewybaczalnym w Proroku Codziennym kilka tygodni temu, w jakimś środowym, porannym wydaniu, którego nikt nie czyta, co Longbottom uważał za śmieszne spekulacje. Ich spotkanie dało się wyliczyć, szacując ludność magicznej populacji, procent, który pojawi się tego popołudnia na Pokątnej, biorąc pod uwagę, że jest to wtorek oraz ostatecznie dzieląc prawdopodobieństwo przez pryzmat Morpheusa, jego umiejętności znajdowania się w odpowiednim momencie i czasie oraz fakt, że jest drugim ulubionym Longbottomem.
Brenna na pewno plusowała tym, że nie śmierdziała papierosami, jak starszy przedstawiciel jej rodu. Zwykle aromat tytoniu mieszał się łagodnie z zapachem wody kolońskiej, ale tego dnia dymny swąd substancji smolistych i spalonego ziela przeszedł przez ubranie czarodzieja. Chociaż jak zwykle wyglądał nienagannie, z gładko ogolonymi policzkami i zaczesanymi do tyłu włosami, to właśnie ten zapach okazał się zdradliwy dla niego, prezentując jakieś obawy, które kręciły się dookoła jego głowy.
Morpheus złapał młodszego Niewymownego, aby ten nie pocałował czołem bruku.
— Dzień dobry, panie Lestrange. Rodolphusie — przypomniał sobie o ich przejściu na ty podczas misji z Brenną. Zupełnie o tym zapomniał. Odsunął się o krok od młodzieńca. Obok niego lewitowały sprawunki: kilka książek, ułożonych niczym na stoliku nocnym, jedna nad drugą, kilka tajemniczych przedmiotów o regularnych kształtach, zawiniętych w szary papier pakowy oraz koszyk wypełniany sezonowymi owocami. Wszystko zostało spięte magicznym czarem, zieloną lśniącą nitką, podążając za szpakowatym mężczyzną.
— Ściągnąłem cię myślami. Wczoraj sprowadziłem do Departamentu bardzo ciekawe zapiski czarnomagiczne i jest tam cały rocznik poświęcony wpływom neurologicznym i dewiacjom rozwojowym mózgu.
Jeden czy dwóch przechodniów wybauszyło oczy, zasłyszawszy słowa, które padły z ust Longbottoma i przyspieszyło kroku, aby jak najszybciej wyminąć dwójkę cudaków, młodszego w czerni i starszego, w szatach w kolorze stalowego, nieco wyblakłego błękitu, z przyjemnego, matowego lnu. Wyglądał jak ubrany w skradziony kawałek nieba i było to niezmiernie niepokojące wrażenie wzrokowe.
— Odkąd Niewymowna Rookwood... To znaczy Black, jest nieobecna, część obowiązków przypadła mi. Głównie dlatego, że dzienniki teoretyzują na temat przeplatania wątków przyszłości i zmieniania kolei losu za pomocą energetycznych wiązań.
Zauważył żebraka. Oczywiście, że go zauważył. Były jednak pewne granice jałmużny Longbottomów i jedną z nich było rozdawnictwo uliczne w ramach wolontariatu. Morpheus nie miał ochoty na inicjatywę.