03.09.2024, 22:17 ✶
Te przeklęte gęsi. Nawet w momencie ekscytacji nie mógł o nich zapomnieć. Obrzydliwe ptactwo.
- Chyba nie chcę wiedzieć, gdzie go zapoznałaś - zawyrokował, jak częstokroć wspominał, woląc nie pytać o detale. Nawet we wszystkich absurdalnych żartach kryło się ziarenko prawdy. Niewiele większe od tego, które dołączono w skromnej fioleczce do magazynu. Tym razem ta prawda brzmiała tak:
Roselyn z zatrważającą łatwością przyciąga najdziwniejsze osobliwości świata magii.
Jasne. Rozważał opcję, że chodziło o ich znajomego farmera. Tego, którego lubiła pani Greengrass i z którym ojciec czasami grywał w brydża. Przerażające było to, że równie dobrze Rosie mogło chodzić o kogoś całkiem innego. O człowieka z głuszy, który tym razem zamieniał się nie w niedźwiedzia a w wielką gęś. Mieszkał w stawie, przy którym kiedyś zbierała jadalne bulwy pałek wodnych. Zrobiło jej się go szkoda, rzuciła mu trochę ziaren (bo nie suchy chleb, była zbyt wyedukowana, żeby to był suchy chleb). Tak nawiązali wyjątkową przyjaźń a po dwóch miesiącach sama kupiła mu kilka małych gęsi, by nie był samotny pod jej nieobecność. Dzięki temu teraz wyszedł z biedy, postawił sobie młyn wodny i dalej hodował drób. Ział nienawiścią do społeczeństwa, które bardzo go zawiodło, ale zawsze miał trochę ciasteczek z ziarnami dla Roselyn. Te ciastka to był ich wspólny żarcik. A! Może nie lubił się z Człowiekiem Niedźwiedziem, ale to dlatego, że byli bliźniaczymi braćmi ze związku kaczki z leśną panterą. Któryś był Zły™, ale nie wiadomo, który, bo obaj bardzo lubili jego siostrę.
Dlaczego to brzmiało bardziej prawdopodobnie niż absurdalnie?
Przystosowanie społeczne dziewczyny bywało niepokojąco adaptacyjne. Miała bardzo dobrą intuicję a jednak miał wrażenie, że notorycznie celowo wkładała palce w ogień, żeby dokonać odkrycia jak zaradzić poparzeniom i jakich niestandardowych roślin użyć.
- Knieja to teraz coś więcej niż jeden żywy organizm - zamyślił się. Jako Greengrassowie nie mieli wątpliwości, co do tego, że nie mogli traktować lasu jak zwykłej głuszy. Najprościej było nazwać ją dokładnie tak. Żywy organizm pełen powiązań. System pomniejszych elementów przypominających organy, które tworzyły układy, które tworzyły coś więcej. I tak dalej, i tak dalej. To było najłatwiejsze wyjaśnienie sił władających tymi rejonami prawdopodobnie od zarania dziejów. Drzewa miały duszę. Jedną, wspólną, bijącą tym samym rytmem. Jako opiekunowie puszczy, potrafili usłyszeć ten dźwięk. Ich własne dusze grały tę samą melodię. Taki był naturalny porządek rzeczy i tak powinno być w dalszym ciągu.
Ale Rose miała rację. Jej obawy miały solidne podwaliny. Od czasu pamiętnych wydarzeń, coś zatrzęsło lasem. Zmienił się. Stał się cichszy, mroczniejszy nawet dla tych, którzy nigdy nie obawiali się jego mrocznej strony. Zupełnie tak, jakby wewnątrz nadal niestrudzenie ścierały się ze sobą różne siły. Ta im znana jeszcze nie przegrała, ale osłabła. Nie była już taka sama, stała się poraniona i skażona, ale Ambroise miał wrażenie, że nadal chciała ich chronić. Nawet swoim kosztem, nie pożądając pomocy z ich strony. Rosalyn potwierdziła to, co również siedziało mu w głowie. Knieja próbowała ich chronić a to wymagało odepchnięcia ich od granic głuszy.
Powoli i w zamyśleniu kiwnął głową.
- Nie chcą nas tam - przytaknął temu, co powiedziała chwilę wcześniej, wracając do swojego wcześniejszego wniosku. - Mam wrażenie, że Knieja pęka na naszych oczach. Jakby powstała w niej jakaś głęboka szczelina, osuwisko z bagnem w środku, z którego czerpie jakaś inna siła. Nie nasza znana, pierwotna - ciary przeszły mu po kręgosłupie. Nauczył się nie bać się lasu i ufać temu, co ten próbował przekazać. Ale skąd wiedzieli, czy kiedy drzewa znowu się odezwą, to nie będą fałszywe podszepty? Milczenie lasu napawało go niepokojem. Trudnym do zrozumienia, ale wyraźnym. Nawet teraz czuł każdy włosek na ciele, gdy patrzył na linię puszczy. Daleką i bliską.
- Rozumiem, że tego potrzebujesz - zaczął, podążając za ciągnięciem, ale bardziej sztywniejąc. - Wiesz, że nie będę ci prawić morałów ani zawodzić o Roo, nie idź tam, to śmiertelnie niebezpieczne!, ale muszę spytać. Czy jesteś gotowa na wszystko, co tam zastaniesz? - Spojrzał na nią pociemniałymi zielonymi oczami. Bardzo podobnymi do jej własnych, mimo że w innym kolorze. W ich głębi mogła zobaczyć własne odbicie a także jego niepokój.
Ponownie, nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Była dorosłą dziewczynką i im starsza się stawała, tym bardziej widział w niej jakąś wersję siebie. A on by nie odpuścił. Nieważne, co by mu powiedziano. Prośby i groźby były bezcelowe. Dlatego chciał wiedzieć tylko to jedno. Niezależnie od tego, co mogła tam zastać, czy była gotowa na wszystkie możliwe widoki.
- Nie podoba mi się podtekst w twoich słowach - powiedział wprost, delikatnie ściskając jej dłoń. Może był przewrażliwiony, ale ta nuta nie brzmiała za dobrze. - Jakie są szanse, że na mnie szczekasz zanim zrobisz coś durnego w Kniei? - Spytał z uniesionymi brwiami, kiedy Rose zaczęła manewrować różdżką przy prawdopodobnie najgorszej i zarazem najlepszej kryjówce, jaką mogła stworzyć. Nie mógł zdecydować się, którą opinię wyznawał. Ostatecznie przesunął językiem po zębach, zacisnął wargi i aprobująco pokiwał głową.
- Mogłabyś tu robić szemrane interesy - przyznał, bo najpewniej uznałby, że pod spróchniałym drewnem bytuje kolonia robaków a nie dzieją się imponujące odkrycia botaniczne.
- Odkrywcy przodem - przepuścił ją, skłaniając się teatralnie, żeby nie wahała się wpuścić ich do środka.
- Chyba nie chcę wiedzieć, gdzie go zapoznałaś - zawyrokował, jak częstokroć wspominał, woląc nie pytać o detale. Nawet we wszystkich absurdalnych żartach kryło się ziarenko prawdy. Niewiele większe od tego, które dołączono w skromnej fioleczce do magazynu. Tym razem ta prawda brzmiała tak:
Roselyn z zatrważającą łatwością przyciąga najdziwniejsze osobliwości świata magii.
Jasne. Rozważał opcję, że chodziło o ich znajomego farmera. Tego, którego lubiła pani Greengrass i z którym ojciec czasami grywał w brydża. Przerażające było to, że równie dobrze Rosie mogło chodzić o kogoś całkiem innego. O człowieka z głuszy, który tym razem zamieniał się nie w niedźwiedzia a w wielką gęś. Mieszkał w stawie, przy którym kiedyś zbierała jadalne bulwy pałek wodnych. Zrobiło jej się go szkoda, rzuciła mu trochę ziaren (bo nie suchy chleb, była zbyt wyedukowana, żeby to był suchy chleb). Tak nawiązali wyjątkową przyjaźń a po dwóch miesiącach sama kupiła mu kilka małych gęsi, by nie był samotny pod jej nieobecność. Dzięki temu teraz wyszedł z biedy, postawił sobie młyn wodny i dalej hodował drób. Ział nienawiścią do społeczeństwa, które bardzo go zawiodło, ale zawsze miał trochę ciasteczek z ziarnami dla Roselyn. Te ciastka to był ich wspólny żarcik. A! Może nie lubił się z Człowiekiem Niedźwiedziem, ale to dlatego, że byli bliźniaczymi braćmi ze związku kaczki z leśną panterą. Któryś był Zły™, ale nie wiadomo, który, bo obaj bardzo lubili jego siostrę.
Dlaczego to brzmiało bardziej prawdopodobnie niż absurdalnie?
Przystosowanie społeczne dziewczyny bywało niepokojąco adaptacyjne. Miała bardzo dobrą intuicję a jednak miał wrażenie, że notorycznie celowo wkładała palce w ogień, żeby dokonać odkrycia jak zaradzić poparzeniom i jakich niestandardowych roślin użyć.
- Knieja to teraz coś więcej niż jeden żywy organizm - zamyślił się. Jako Greengrassowie nie mieli wątpliwości, co do tego, że nie mogli traktować lasu jak zwykłej głuszy. Najprościej było nazwać ją dokładnie tak. Żywy organizm pełen powiązań. System pomniejszych elementów przypominających organy, które tworzyły układy, które tworzyły coś więcej. I tak dalej, i tak dalej. To było najłatwiejsze wyjaśnienie sił władających tymi rejonami prawdopodobnie od zarania dziejów. Drzewa miały duszę. Jedną, wspólną, bijącą tym samym rytmem. Jako opiekunowie puszczy, potrafili usłyszeć ten dźwięk. Ich własne dusze grały tę samą melodię. Taki był naturalny porządek rzeczy i tak powinno być w dalszym ciągu.
Ale Rose miała rację. Jej obawy miały solidne podwaliny. Od czasu pamiętnych wydarzeń, coś zatrzęsło lasem. Zmienił się. Stał się cichszy, mroczniejszy nawet dla tych, którzy nigdy nie obawiali się jego mrocznej strony. Zupełnie tak, jakby wewnątrz nadal niestrudzenie ścierały się ze sobą różne siły. Ta im znana jeszcze nie przegrała, ale osłabła. Nie była już taka sama, stała się poraniona i skażona, ale Ambroise miał wrażenie, że nadal chciała ich chronić. Nawet swoim kosztem, nie pożądając pomocy z ich strony. Rosalyn potwierdziła to, co również siedziało mu w głowie. Knieja próbowała ich chronić a to wymagało odepchnięcia ich od granic głuszy.
Powoli i w zamyśleniu kiwnął głową.
- Nie chcą nas tam - przytaknął temu, co powiedziała chwilę wcześniej, wracając do swojego wcześniejszego wniosku. - Mam wrażenie, że Knieja pęka na naszych oczach. Jakby powstała w niej jakaś głęboka szczelina, osuwisko z bagnem w środku, z którego czerpie jakaś inna siła. Nie nasza znana, pierwotna - ciary przeszły mu po kręgosłupie. Nauczył się nie bać się lasu i ufać temu, co ten próbował przekazać. Ale skąd wiedzieli, czy kiedy drzewa znowu się odezwą, to nie będą fałszywe podszepty? Milczenie lasu napawało go niepokojem. Trudnym do zrozumienia, ale wyraźnym. Nawet teraz czuł każdy włosek na ciele, gdy patrzył na linię puszczy. Daleką i bliską.
- Rozumiem, że tego potrzebujesz - zaczął, podążając za ciągnięciem, ale bardziej sztywniejąc. - Wiesz, że nie będę ci prawić morałów ani zawodzić o Roo, nie idź tam, to śmiertelnie niebezpieczne!, ale muszę spytać. Czy jesteś gotowa na wszystko, co tam zastaniesz? - Spojrzał na nią pociemniałymi zielonymi oczami. Bardzo podobnymi do jej własnych, mimo że w innym kolorze. W ich głębi mogła zobaczyć własne odbicie a także jego niepokój.
Ponownie, nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Była dorosłą dziewczynką i im starsza się stawała, tym bardziej widział w niej jakąś wersję siebie. A on by nie odpuścił. Nieważne, co by mu powiedziano. Prośby i groźby były bezcelowe. Dlatego chciał wiedzieć tylko to jedno. Niezależnie od tego, co mogła tam zastać, czy była gotowa na wszystkie możliwe widoki.
- Nie podoba mi się podtekst w twoich słowach - powiedział wprost, delikatnie ściskając jej dłoń. Może był przewrażliwiony, ale ta nuta nie brzmiała za dobrze. - Jakie są szanse, że na mnie szczekasz zanim zrobisz coś durnego w Kniei? - Spytał z uniesionymi brwiami, kiedy Rose zaczęła manewrować różdżką przy prawdopodobnie najgorszej i zarazem najlepszej kryjówce, jaką mogła stworzyć. Nie mógł zdecydować się, którą opinię wyznawał. Ostatecznie przesunął językiem po zębach, zacisnął wargi i aprobująco pokiwał głową.
- Mogłabyś tu robić szemrane interesy - przyznał, bo najpewniej uznałby, że pod spróchniałym drewnem bytuje kolonia robaków a nie dzieją się imponujące odkrycia botaniczne.
- Odkrywcy przodem - przepuścił ją, skłaniając się teatralnie, żeby nie wahała się wpuścić ich do środka.