04.09.2024, 01:31 ✶
– Cieszę się, że BUM jest tak skory do wspierania chorych na smoczą ospę. Jako uzdrowiciel nie potrafię tego nie docenić. – On w przeciwieństwie do Brenny traktował tę sprawę nieco personalnie. Po pierwsze Tatcherowie, chociaż chciał aby przeżyli, byli idiotami, którzy sprawili, że sam z siebie zrobił idiotę i to jeszcze właśnie na oczach Brenny, która musiała patrzeć jak robił gwiazdę. Po drugie przez nich musiał chodzić teraz po Ministerstwie Magii na co absolutnie nie miał najmniejszej ochoty.
Najwyraźniej jednak to nie Tatcherowie byli jego największym problemem tego dnia.
Nic nie paliło mu skóry. To dobrze. Skóra nie zmieniła też koloru. Też dobrze. Brenna wyglądała na całą. Również dobrze. Puścił lewą ręką, prawą dłoń Longbottom, aby lepiej się jej przyjrzeć.
...
Czemu nie mógł puścić ręki Brenny? Czarownica musiała w tym samym czasie dokonać bardzo podobnej obserwacji, bo właśnie podniosła ich wciąż zplecione dłonie.
Przeterminowany eliksir klejący.
W pierwszej chwili po prostu wpatrywał się martwo w Brennę, która próbowała zetrzeć chusteczką błękitny płyn, chociaż był przekonany, że na niewiele to się zda, a potem... Potem po prostu zaczął się śmiać. Nie był to jednak śmiech spowodowany rozbawieniem, a histeryczny, który może i nie brzmiał jak dobrze im znany żabi rechot, ale zdecydowanie sugerował, że Prewett był gdzieś na granicy załamania nerwowego. Ostatnio kiepsko sypiał, nie potrafił zrozumieć tego co myślał o śmierci ojca, rodzina, nawet jeśli ich kochał, dokładała mu kolejnych zmartwień, Tatcherowie utrudniali życie, a teraz jeszcze to. No po prostu świetnie! Czemu dzisiaj im się to przydarzyło? Nie miał pojęcia! Może ten pech się rozprzestrzeniał i jeszcze chwila, a będzie trzymał Brennę za rękę codziennie? No naprawdę nie pozostało już nic innego, jak siedzieć i się śmiać!
– One nie były toksyczne – powiedziała z niepokojem Lenni, przyglądając się reakcji Basiliusa, a potem spojrzała zmartwiona na Brennę.
Najwyraźniej jednak to nie Tatcherowie byli jego największym problemem tego dnia.
Nic nie paliło mu skóry. To dobrze. Skóra nie zmieniła też koloru. Też dobrze. Brenna wyglądała na całą. Również dobrze. Puścił lewą ręką, prawą dłoń Longbottom, aby lepiej się jej przyjrzeć.
...
Czemu nie mógł puścić ręki Brenny? Czarownica musiała w tym samym czasie dokonać bardzo podobnej obserwacji, bo właśnie podniosła ich wciąż zplecione dłonie.
Przeterminowany eliksir klejący.
W pierwszej chwili po prostu wpatrywał się martwo w Brennę, która próbowała zetrzeć chusteczką błękitny płyn, chociaż był przekonany, że na niewiele to się zda, a potem... Potem po prostu zaczął się śmiać. Nie był to jednak śmiech spowodowany rozbawieniem, a histeryczny, który może i nie brzmiał jak dobrze im znany żabi rechot, ale zdecydowanie sugerował, że Prewett był gdzieś na granicy załamania nerwowego. Ostatnio kiepsko sypiał, nie potrafił zrozumieć tego co myślał o śmierci ojca, rodzina, nawet jeśli ich kochał, dokładała mu kolejnych zmartwień, Tatcherowie utrudniali życie, a teraz jeszcze to. No po prostu świetnie! Czemu dzisiaj im się to przydarzyło? Nie miał pojęcia! Może ten pech się rozprzestrzeniał i jeszcze chwila, a będzie trzymał Brennę za rękę codziennie? No naprawdę nie pozostało już nic innego, jak siedzieć i się śmiać!
– One nie były toksyczne – powiedziała z niepokojem Lenni, przyglądając się reakcji Basiliusa, a potem spojrzała zmartwiona na Brennę.