04.09.2024, 08:32 ✶
Prychnął tylko, gdy usłyszał o intencjach a nie arbitralnych możliwościach, bo go to wszystko strasznie irytowało – jak wiele energii trzeba było włożyć w to, by udawać kogoś, kim się nie jest. Jak wiele energii trzeba było włożyć w to, by udawać kogoś kogo świat mógłby pokochać. Anthony miał o sobie bardzo skrajne mniemanie. Z jednej strony otoczony od maleńkości książkami, tresowany przez ciotki Parkinson i rzesze guwernerów o przeróżnych specjalizacji, zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi i wyższości nad dzieciakami, które przed Hogwartem ledwie nauczyły się pisać. Z drugiej strony emocjonalny chłód większości jego otoczenia, oraz zdradliwe ciało, które nie dość, że nie krzesało energii, jak robił to reaktor w sercu Morpheusa, to jeszcze zdecydowanie chętniej reagowało i tęskniło za ciałem drugiego mężczyzny, zamiast tak jak bogowie przykazali, za ciałem dziewcząt i kobiet. Z resztą, od roku przestał się oszukiwać - reagowało wyłącznie na myśli i fantazje skierowane w niewłaściwą społecznie stronę.
Przyjął papierosa z wdzięcznością, zaciągając się nim delikatnie, nie mając wcale wprawy w używce, choć lubiąc uczucie dymu wypuszczanego nosem. Tak to było między nimi - on dawał Morpheusowi słowa i ogładę, a Longbottom dbał, żeby choć trochę zasmakował nastoletniego życia, wyszedł z pozy starego malutkiego, tak pieczołowicie ukształtowanej przez rodzinę bibliofili.
– Odpowiadając więc na Twoje pytanie. Nie i zapewne nigdy. On... – westchnął, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz w sumie ma okazję w ogóle o tym z kimkolwiek porozmawiać. Czuł z oczywistych względów napięcie, ale rozmowa płynęła w dość pokojowym tonie, miał taką myśl w głowie, że jeśli z Morpheusem to w sumie z nikim nie miałby szans pomówić o tym w ogóle. – ...on na pewno nie jest taki jak ja. – Szczęśliwie Anthony wiedział, że jego "przypadłość" nie jest klątwą ani chorobą. Zbyt wiele książek, zbyt wiele starożytnej myśli, zbyt wiele tropów w literaturze nawet późniejszej, która choć była represjonowana przez purytan i dewotów, to jednak jeśli kto wiedział jak czytać i gdzie patrzeć... Wciąż jednak była to odmienność, która wykluczała. Chociaż nie tu i nie teraz. Nie na szczycie krukońskiej wieży.
– A... a wy? – zapytał niepewnie, skupiając się na papierosie, by nie dać zbytnio wybrzmieć pragnieniu człowieka osamotnionego, marzącego o grupie, o ludziach podobnych sobie, którzy będą w stanie zrozumieć go bardziej niż wyobrażeniem o problemie. To nie było tak, że grupa prefektów, że kochani Jeźdźcy nie byli dla niego bezpieczną przystanią kontaktów społecznych. Chodziło jednak o seks, który niósł za sobą tonę emocji, najczęściej określanych mianem grzesznych i złych. To nie był temat, który poważnie można byłoby poruszyć w łazience prefektów.
Przyjął papierosa z wdzięcznością, zaciągając się nim delikatnie, nie mając wcale wprawy w używce, choć lubiąc uczucie dymu wypuszczanego nosem. Tak to było między nimi - on dawał Morpheusowi słowa i ogładę, a Longbottom dbał, żeby choć trochę zasmakował nastoletniego życia, wyszedł z pozy starego malutkiego, tak pieczołowicie ukształtowanej przez rodzinę bibliofili.
– Odpowiadając więc na Twoje pytanie. Nie i zapewne nigdy. On... – westchnął, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz w sumie ma okazję w ogóle o tym z kimkolwiek porozmawiać. Czuł z oczywistych względów napięcie, ale rozmowa płynęła w dość pokojowym tonie, miał taką myśl w głowie, że jeśli z Morpheusem to w sumie z nikim nie miałby szans pomówić o tym w ogóle. – ...on na pewno nie jest taki jak ja. – Szczęśliwie Anthony wiedział, że jego "przypadłość" nie jest klątwą ani chorobą. Zbyt wiele książek, zbyt wiele starożytnej myśli, zbyt wiele tropów w literaturze nawet późniejszej, która choć była represjonowana przez purytan i dewotów, to jednak jeśli kto wiedział jak czytać i gdzie patrzeć... Wciąż jednak była to odmienność, która wykluczała. Chociaż nie tu i nie teraz. Nie na szczycie krukońskiej wieży.
– A... a wy? – zapytał niepewnie, skupiając się na papierosie, by nie dać zbytnio wybrzmieć pragnieniu człowieka osamotnionego, marzącego o grupie, o ludziach podobnych sobie, którzy będą w stanie zrozumieć go bardziej niż wyobrażeniem o problemie. To nie było tak, że grupa prefektów, że kochani Jeźdźcy nie byli dla niego bezpieczną przystanią kontaktów społecznych. Chodziło jednak o seks, który niósł za sobą tonę emocji, najczęściej określanych mianem grzesznych i złych. To nie był temat, który poważnie można byłoby poruszyć w łazience prefektów.