04.09.2024, 08:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2024, 08:37 przez Florence Bulstrode.)
Nocne pobudki w nagłych sytuacjach nie były może dla Florence codziennością, ale się zdarzały. Gdy jesteś medykiem i klątwołamaczem, a w rodzinie masz funkcjonariuszy, osoby zajmujące się podejrzanymi interesami i nade wszystko krewnych lubiących pakować się w kłopoty, to nie było nic nadzwyczajnego. Średnio dwa czy trzy razy w roku pilnie wzywano ją do kliniki. Czasem na progu stawała poturbowana Geraldine, a bywało, że do drzwi pukał Atreus.
Teraz, kiedy zdenerwowany skrzat stanął na progu sypialni, i jąkając się wspomniał, że panicz jej potrzebuje, też w pierwszej chwili - już chwytając różdżkę I zakładając domowe pantofle - założyła, że chodzi o najmłodszego brata.
Była niewymownie zdumiona, gdy Joker dodał, że mowa o Basiliusie.
Sześćdziesiąt sekund była już na dole, wciąż w koszuli nocnej, rozczochrana - nigdy nie pozwalała, by ktoś ją tak zobaczył poza sytuacjami takimi jak ta, ale spojrzenie jasnych oczu miała przytomne i wbiła je w Prewetta, natychmiast dostrzegając nie tylko ten złamany nos, ale też inne objawy, wskazujące na to, że nie jest najlepiej. Nic dziwnego, że sam nie wziął się za leczenie: w takim stanie mógłby sobie ten nos przypadkiem usunąć, zamiast go poskładać.
Już miała kazać mu wejść do kuchni, gdy padło wyjaśnienie.
Które niczego nie wyjaśniało.
– Historycy magii stali się ostatnio bardzo niebezpieczni – powiedziała chłodnym tonem. Iskra niepokoju przebiegła gdzieś po kręgosłupie, bo złamany nos mogła poskładać w piętnaście minut tak, że nie będzie po tym śladu – jeśli zaś uderzenie nie strzaskało kości, wpychając ją mocno do środka, a tu się to raczej nie zadziało, nie był to uraz jakoś niebezpieczny. Złamane lub popękane żebra jednak? To było coś innego. Jeżeli doszłoby do przemieszczenia… – Wezmę torbę i płaszcz – poinformowała, odwracając się i ruszając od razu do stojaka. – Joker, przynieś moją torbę – rzuciła do skrzata, już wsuwając dłonie w rękawy, bo jeśli jednak nikt nie umierał, nie zamierzała biegać po londyńskiej ulicy w koszuli nocnej. Zwykle była dla skrzata uprzejma, ale w chwilach Florence po prostu wydawała polecenia, nie bacząc na uprzejmości: nieważne, kto był ich adresatem.
Chwilę później wychodzili na ulicę, oboje rozczochrani i gdyby się przyjrzeć, ubrani zdecydowanie nieodpowiednio. Szczęśliwie kamienica, w której mieszkała trójka Prewettów, mieściła się na tyle blisko, że wystarczyło przejść parę kroków. Florence po drodze nie pytała, co takiego się stało – jakim cudem historyczka magii ich zaatakowała o tej porze, dlaczego zostali tak poturbowani i o co tu w ogóle chodziło.
Te pytania zada później.
– Ty siadaj i czekaj – oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu, wskazując Basiliusa palcem, ledwo wkroczyli do domu Prewettów. Zsunęła torbę z ramienia i ostrożnie postawiła ją na podłodze. – A ty się nie ruszaj, nie odzywaj i nie oddychaj zbyt głęboko – przywitała Icarusa, siadając obok niego, z zamiarem obejrzenia obrażeń.
Teraz, kiedy zdenerwowany skrzat stanął na progu sypialni, i jąkając się wspomniał, że panicz jej potrzebuje, też w pierwszej chwili - już chwytając różdżkę I zakładając domowe pantofle - założyła, że chodzi o najmłodszego brata.
Była niewymownie zdumiona, gdy Joker dodał, że mowa o Basiliusie.
Sześćdziesiąt sekund była już na dole, wciąż w koszuli nocnej, rozczochrana - nigdy nie pozwalała, by ktoś ją tak zobaczył poza sytuacjami takimi jak ta, ale spojrzenie jasnych oczu miała przytomne i wbiła je w Prewetta, natychmiast dostrzegając nie tylko ten złamany nos, ale też inne objawy, wskazujące na to, że nie jest najlepiej. Nic dziwnego, że sam nie wziął się za leczenie: w takim stanie mógłby sobie ten nos przypadkiem usunąć, zamiast go poskładać.
Już miała kazać mu wejść do kuchni, gdy padło wyjaśnienie.
Które niczego nie wyjaśniało.
– Historycy magii stali się ostatnio bardzo niebezpieczni – powiedziała chłodnym tonem. Iskra niepokoju przebiegła gdzieś po kręgosłupie, bo złamany nos mogła poskładać w piętnaście minut tak, że nie będzie po tym śladu – jeśli zaś uderzenie nie strzaskało kości, wpychając ją mocno do środka, a tu się to raczej nie zadziało, nie był to uraz jakoś niebezpieczny. Złamane lub popękane żebra jednak? To było coś innego. Jeżeli doszłoby do przemieszczenia… – Wezmę torbę i płaszcz – poinformowała, odwracając się i ruszając od razu do stojaka. – Joker, przynieś moją torbę – rzuciła do skrzata, już wsuwając dłonie w rękawy, bo jeśli jednak nikt nie umierał, nie zamierzała biegać po londyńskiej ulicy w koszuli nocnej. Zwykle była dla skrzata uprzejma, ale w chwilach Florence po prostu wydawała polecenia, nie bacząc na uprzejmości: nieważne, kto był ich adresatem.
Chwilę później wychodzili na ulicę, oboje rozczochrani i gdyby się przyjrzeć, ubrani zdecydowanie nieodpowiednio. Szczęśliwie kamienica, w której mieszkała trójka Prewettów, mieściła się na tyle blisko, że wystarczyło przejść parę kroków. Florence po drodze nie pytała, co takiego się stało – jakim cudem historyczka magii ich zaatakowała o tej porze, dlaczego zostali tak poturbowani i o co tu w ogóle chodziło.
Te pytania zada później.
– Ty siadaj i czekaj – oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu, wskazując Basiliusa palcem, ledwo wkroczyli do domu Prewettów. Zsunęła torbę z ramienia i ostrożnie postawiła ją na podłodze. – A ty się nie ruszaj, nie odzywaj i nie oddychaj zbyt głęboko – przywitała Icarusa, siadając obok niego, z zamiarem obejrzenia obrażeń.