– Wybitni? – prychnął rozbawiony, a twarz wykrzywiła się w pogardliwym uśmiechu, choć w chłodnych oczach widać było tylko głód, gdy ślizgał się po doskonałej sylwetce angielskiego ambasadora. –Shafiq nie dorasta Ci do pięt kochany, to on powinien biegać za Tobą, a nie Ty za nim. – zauważył nie szczędząc miękkości głosu, nie szczędząc kwietnej woni przysłaniającej zapach zgnilizny. Podążał jak cień za Jonathanem, jego dłonie szybko trafiły na ramiona, lecz nie wczepiły się w nie tak drapieżnie jak chwilę temu. Gładziły łagodnie uspokajającym ruchem, leniwym masażem.
wysługuje się Tobą, wykorzystuje Cię jak jak parobka, dam mu szczotkę by czyścił Ci buty, szczekając godzinami przeprosiny za lata upokorzeń
Głos znikąd, głos z wnętrza głowy, z wnętrza serca, a przecież usta miał zamknięte, gdy podciągał jeden z mankietów w górę, odsłaniając rozgałęzione rzeki błękitnych arterii.
– Lottie, Twoja niedoszła żona... czy powinienem być zazdrosny?– zapytał w lekkim rozbawieniu z uśmiechem gładząc długimi lodowatymi palcami skórę wnętrza przedramienia swojego kochanka, drugą ręką zamykając jego rękę w pięść, niemo prosząc o ambrozję płynącą w doskonałym ciele swego doskonałego towarzysza, łagodnie odciśniętymi wargami znieczulając miejsce, gdzie za chwile o wiele mniej delikatniej miałby dać ujście dla krwawej. Niemo?
lubię te pyskate języki, lubię kiedy ich krzyk gaśnie w gardle, kiedy zdają sobie sprawę jak powolnie uchodzi z nich życie, jak wszystkie ciernie odpadają, gdy brak życiodajnych soków, lubię patrzeć jak oczy gasną, a językowi, który tak ochoczo obrażał nie starcza sił na jedno chociaż błaganie, na ciche skomlenie o litość
Długie zęby łaskotały nadgarstek, gnąc skórę, choć nie rozdzierając jej jeszcze. Ich spojrzenia się skrzyżowały, pragnienie ruchy, pragnienie jakiejkolwiek reakcji wypychał paraliż, bezruch w którym na moment znajdowało się ciało Selwyna.
– Bożek snu, tego jestem najbardziej ciekaw. Tak ciekawy... nie pamiętam gdy ostatni raz raczyłem się krwią starożytnych– Słowa utonęły w bolu łapczywego ugryzienia, zachłannego latami spędzonymi rozdzielenia. Latami? Jeśli się chciał szarpnąć - nie mógł, jakby całe ciało ugrzęzło w ciężkiej lodowej galarecie.
Zamrugał. Znów mógł się ruszać. Orkiestra smyczkowa grała kolejnego niespiesznego walca. Był otoczony ludźmi, znajomymi, nieznajomymi twarzami. Rozbawione rozmowy, głupotki, anegdotki, francuskie perełki, bańki mydlane trwały. Sala tonęła w złocie, nad nimi unosiły się zaklęte świece, lśniące tęczową poświatą na rozbawioną gawiedź. Wykwintny poczęstunek, doskonałe napitki. Nadgarstek piekł.
– Słyszałam mości ambasadorze, że jest pan bardzo smaczny– dotarł do jego uszu szczebioczący głosik czarownicy z którą rozmawiał. Nigdzie za to nie mógł dostrzec smukłej sylwetki hrabiego.
wysługuje się Tobą, wykorzystuje Cię jak jak parobka, dam mu szczotkę by czyścił Ci buty, szczekając godzinami przeprosiny za lata upokorzeń
Głos znikąd, głos z wnętrza głowy, z wnętrza serca, a przecież usta miał zamknięte, gdy podciągał jeden z mankietów w górę, odsłaniając rozgałęzione rzeki błękitnych arterii.
– Lottie, Twoja niedoszła żona... czy powinienem być zazdrosny?– zapytał w lekkim rozbawieniu z uśmiechem gładząc długimi lodowatymi palcami skórę wnętrza przedramienia swojego kochanka, drugą ręką zamykając jego rękę w pięść, niemo prosząc o ambrozję płynącą w doskonałym ciele swego doskonałego towarzysza, łagodnie odciśniętymi wargami znieczulając miejsce, gdzie za chwile o wiele mniej delikatniej miałby dać ujście dla krwawej. Niemo?
lubię te pyskate języki, lubię kiedy ich krzyk gaśnie w gardle, kiedy zdają sobie sprawę jak powolnie uchodzi z nich życie, jak wszystkie ciernie odpadają, gdy brak życiodajnych soków, lubię patrzeć jak oczy gasną, a językowi, który tak ochoczo obrażał nie starcza sił na jedno chociaż błaganie, na ciche skomlenie o litość
Długie zęby łaskotały nadgarstek, gnąc skórę, choć nie rozdzierając jej jeszcze. Ich spojrzenia się skrzyżowały, pragnienie ruchy, pragnienie jakiejkolwiek reakcji wypychał paraliż, bezruch w którym na moment znajdowało się ciało Selwyna.
– Bożek snu, tego jestem najbardziej ciekaw. Tak ciekawy... nie pamiętam gdy ostatni raz raczyłem się krwią starożytnych– Słowa utonęły w bolu łapczywego ugryzienia, zachłannego latami spędzonymi rozdzielenia. Latami? Jeśli się chciał szarpnąć - nie mógł, jakby całe ciało ugrzęzło w ciężkiej lodowej galarecie.
Zamrugał. Znów mógł się ruszać. Orkiestra smyczkowa grała kolejnego niespiesznego walca. Był otoczony ludźmi, znajomymi, nieznajomymi twarzami. Rozbawione rozmowy, głupotki, anegdotki, francuskie perełki, bańki mydlane trwały. Sala tonęła w złocie, nad nimi unosiły się zaklęte świece, lśniące tęczową poświatą na rozbawioną gawiedź. Wykwintny poczęstunek, doskonałe napitki. Nadgarstek piekł.
– Słyszałam mości ambasadorze, że jest pan bardzo smaczny– dotarł do jego uszu szczebioczący głosik czarownicy z którą rozmawiał. Nigdzie za to nie mógł dostrzec smukłej sylwetki hrabiego.