04.09.2024, 10:36 ✶
Przytrzymał Monę delikatnie za ręce, kiedy zaczęła wycierać krew z jego twarzy. Po chwili jednak puścił, bo jej dotyk był zbyt miły, żeby tak łatwo go odrzucać. Wciąż nie do końca wierzył w to, co się właśnie stało. Całował Monę Rowle! Miał ochotę wykrzyczeć to całemu światu (może poza jego rodzeństwem, które miało się z niego zapewne nabijać).
– Nic się nie stało, to nie twoja wina – powiedział, chcąc ją uspokoić. – Choć rzeczywiście udanie się do skrzydła szpitalnego to dobry pomysł.
Uśmiechnął się też, gdy usłyszał warunki, które Mona postawiła, żeby mógł z nią chodzić. Cóż, rzetelnych prac o dragonbornach pewnie nie było zbyt wiele (Icarus obstawiał zero). Swego czasu nawet pytał o to ojca. To było wtedy, gdy pierwszy raz usłyszał od Mony o tych stworzeniach. Za karę za tak durne pytania musiał wtedy przepisywać kroniki, więc to był ostatni raz, gdy poruszył ten temat przy Dedalusie. Co nie znaczyło, że nie szukał informacji. Przeczytał uważnie książkę o hodowli smoków w starożytnym Rzymie, ale ta nic nie wspominała o dragonbornach.
– Spójrz jaki już jestem biedny, chcesz mnie jeszcze męczyć dragonbornami? – zażartował sztucznie smutnym głosem, idąc z Moną przez korytarz prowadzący do pielęgniarki. – A tak na serio, przeczytałbym dla ciebie wszystkie mugolskie magazyny z głupotami, więc zgoda. Pocałowałbym cię jeszcze raz, ale chyba nie jesteś wampirem...
Uwielbiał Monę. Może to była oczywistość, ale w ich wzajemnej sympatii nie było tylko zwykłego romantycznego zainteresowania. Tam leżała długo pielęgnowana przyjaźń. Mieli podobne poczucie humoru, naprawdę lubili ze sobą rozmawiać i byli sobie drodzy. Nastoletni umysł Icarusa podpowiadał mu, że chciałby poślubić tę dziewczynę. Oczywiście to byłoby zdecydowanie za szybko, ale... czuł, że kiedyś spotka się z nią na ołtarzu. Nie spotkał jeszcze kogoś, z kim tak idealnie by do siebie pasowali.
Icarus wierzył też, że jego ojciec pobłogosławi ich związek. W końcu Mona była czarownicą z dobrej rodziny, inteligentną i przede wszystkim kochaną przez jego syna. Chłopak zawsze zakładał u ojca jak najlepsze intencje, w końcu ten po śmierci matki nie zostawił go u mugolskiej rodziny, tylko się nim zajął, stawiając go na równi (a może nawet odrobinę wyżej) wśród reszty rodzeństwa. Icarus był mu winny to, żeby kontynuować jego dzieło. Ale mógł to robić z dziewczyną obok, prawda? Ba! Mógłby nawet pracować w Walii, w okolicy rezerwatu, by Mona też mogła się zajmować smokami. Dało się to zrobić. Dlatego Icarus był przekonany, że Dedalus go wesprze. A może nawet Elise będzie dla niego trochę milsza? Tego akurat pewny nie był, a właściwie mocno w to wątpił.
Godzina była dość późna, ale pielęgniarka w skrzydle szpitalnym przyjęła Icarusa, mamrocząc coś pod nosem o tych głupich przyjęciach Slughorna. Ale na szczęście nie dopytywała o powody urazu, a zaleczenie obitego nosa trwało koło dziesięciu minut. Musiała mieć z takimi przypadkami sporo do czynienia.
Potem Icarus odprowadził Monę do wieży Ravenclawu. Na pożegnanie dał jej odrobinę nieśmiałego całusa w policzek i obiecał jej, że w święta napisze do niej mnóstwo listów i przeszuka szkolną bibliotekę w poszukiwaniu informacji o dragonbornach. Myśl o dziewczynie była jasnym punktem w czasie jego samotnego Bożego Narodzenia. Nawet jeśli jego macocha nie życzyła sobie jego obecności na rodzinnych obchodach u Prewettów, nie myślał o tym. Przez chwilę to nie było ważne. Liczyła się tylko radość w jego sercu i to, że po raz pierwszy w życiu miał dziewczynę.
– Nic się nie stało, to nie twoja wina – powiedział, chcąc ją uspokoić. – Choć rzeczywiście udanie się do skrzydła szpitalnego to dobry pomysł.
Uśmiechnął się też, gdy usłyszał warunki, które Mona postawiła, żeby mógł z nią chodzić. Cóż, rzetelnych prac o dragonbornach pewnie nie było zbyt wiele (Icarus obstawiał zero). Swego czasu nawet pytał o to ojca. To było wtedy, gdy pierwszy raz usłyszał od Mony o tych stworzeniach. Za karę za tak durne pytania musiał wtedy przepisywać kroniki, więc to był ostatni raz, gdy poruszył ten temat przy Dedalusie. Co nie znaczyło, że nie szukał informacji. Przeczytał uważnie książkę o hodowli smoków w starożytnym Rzymie, ale ta nic nie wspominała o dragonbornach.
– Spójrz jaki już jestem biedny, chcesz mnie jeszcze męczyć dragonbornami? – zażartował sztucznie smutnym głosem, idąc z Moną przez korytarz prowadzący do pielęgniarki. – A tak na serio, przeczytałbym dla ciebie wszystkie mugolskie magazyny z głupotami, więc zgoda. Pocałowałbym cię jeszcze raz, ale chyba nie jesteś wampirem...
Uwielbiał Monę. Może to była oczywistość, ale w ich wzajemnej sympatii nie było tylko zwykłego romantycznego zainteresowania. Tam leżała długo pielęgnowana przyjaźń. Mieli podobne poczucie humoru, naprawdę lubili ze sobą rozmawiać i byli sobie drodzy. Nastoletni umysł Icarusa podpowiadał mu, że chciałby poślubić tę dziewczynę. Oczywiście to byłoby zdecydowanie za szybko, ale... czuł, że kiedyś spotka się z nią na ołtarzu. Nie spotkał jeszcze kogoś, z kim tak idealnie by do siebie pasowali.
Icarus wierzył też, że jego ojciec pobłogosławi ich związek. W końcu Mona była czarownicą z dobrej rodziny, inteligentną i przede wszystkim kochaną przez jego syna. Chłopak zawsze zakładał u ojca jak najlepsze intencje, w końcu ten po śmierci matki nie zostawił go u mugolskiej rodziny, tylko się nim zajął, stawiając go na równi (a może nawet odrobinę wyżej) wśród reszty rodzeństwa. Icarus był mu winny to, żeby kontynuować jego dzieło. Ale mógł to robić z dziewczyną obok, prawda? Ba! Mógłby nawet pracować w Walii, w okolicy rezerwatu, by Mona też mogła się zajmować smokami. Dało się to zrobić. Dlatego Icarus był przekonany, że Dedalus go wesprze. A może nawet Elise będzie dla niego trochę milsza? Tego akurat pewny nie był, a właściwie mocno w to wątpił.
Godzina była dość późna, ale pielęgniarka w skrzydle szpitalnym przyjęła Icarusa, mamrocząc coś pod nosem o tych głupich przyjęciach Slughorna. Ale na szczęście nie dopytywała o powody urazu, a zaleczenie obitego nosa trwało koło dziesięciu minut. Musiała mieć z takimi przypadkami sporo do czynienia.
Potem Icarus odprowadził Monę do wieży Ravenclawu. Na pożegnanie dał jej odrobinę nieśmiałego całusa w policzek i obiecał jej, że w święta napisze do niej mnóstwo listów i przeszuka szkolną bibliotekę w poszukiwaniu informacji o dragonbornach. Myśl o dziewczynie była jasnym punktem w czasie jego samotnego Bożego Narodzenia. Nawet jeśli jego macocha nie życzyła sobie jego obecności na rodzinnych obchodach u Prewettów, nie myślał o tym. Przez chwilę to nie było ważne. Liczyła się tylko radość w jego sercu i to, że po raz pierwszy w życiu miał dziewczynę.
Koniec sesji