04.09.2024, 17:01 ✶
Brenna plusowała wieloma innymi rzeczami, lecz Morpheus na pewno nie dostawał ujemnych punktów za zapach. Woń dymu papierosowego czy z cygar w ogóle nie przeszkadzał Rodolphusowi, bo chociaż sam nie palił, to uważał go za dość przyjemny. Co prawda jak większość ludzi, w tym palaczy, nie lubił gdy ktoś dmuchał prosto na niego, lecz osiadła na ubraniach i skórze woń była przyjemna, szczególnie gdy mieszała się z naturalnym zapachem właściciela oraz jego perfumami. Oczywiście czasem dawało to mieszankę iście wybuchową i to niekoniecznie w tym dobrym sensie, lecz w przypadku Longbottoma nie było tak, że odrzucał młodszego Niewymownego.
Prawdopodobieństwo, że spotkają się właśnie tutaj, i że wpadnie mu w ramiona, wynosiło nawet mniej niż zakładane 0.0005%. Lestrange rzadko paradował po Pokątnej, zwykle chodził tędy, gdy miał coś do załatwienia. Korzystał z teleportacji lub Fiuu, gdyż... Cóż - nie lubił ludzi i nienawidził tłumów. Najlepiej czuł się w cichym, odosobnionym miejscu, gdy dźwięki nie rozpraszały go zbytnio, a nieprzyjemne odgłosy życia codziennego nie wwiercały się w bębenki, powodując dyskomfort.
- Pochlebia mi, że gdy tylko słyszysz o dewiacji mózgu, myślisz o mnie - odpowiedział bez mrugnięcia okiem, odruchowo przejeżdżając otwartą dłonią po materiale marynarki na prawym ramieniu. Zagniecenia, które się pojawiły, zostały momentalnie wygładzone. - Nie wydajesz się być niezadowolony z faktu, że masz więcej pracy.
Tylko zerknął na jego pakunki, dryfujące w powietrzu. Rookwood, Black... Ach, Vespera. Praktycznie nie miał z kobietą styczności, lecz słyszał że wzięła wolne. Zapewne miało to związek z podróżą poślubną. Co było ciekawe, bo całe to wesele już dawno wywalił z pamięci, nie chcąc żeby te wspomnienia zaśmiecały mu umysł. Nawet nie pamiętał, czy widział tam Morpheusa, tak był skupiony na kuzynce i fakcie, że musi zrobić cokolwiek, by ochronić ją przed wścibskimi spojrzeniami, gdy ich skórę porosły kurze pióra.
- Jeżeli będziesz potrzebował konsultacji - służę - kiwnął lekko głową, bo w zasadzie nie miał powodu, by nie oferować pomocy. Nie miał też jednak powodu, by dłużej tu stać i już miał wymijać Longbottoma i się żegnać, gdy drgnął. Drgnął, bo nie widział żebraka, ale to uczucie, które oblepiało jego plecy, wzmogło się.
- Ach, bogaci panowie z Ministerstwa - klaśnięcie w dłonie było aż nazbyt słyszalne. - Dobrze panom płacą, prawda? Co ja słyszę, Black?
Żebrak nie słyszał całości rozmowy, lecz wyłapał zaledwie skrawki, które zgrabnie - acz błędnie - połączył w całość. Znajdował się niebezpiecznie blisko i z każdą sekundą skracał dystans. Nie był brudny, ale zdecydowanie był obdartusem. Czerń i wypłowiały błękit mocno kontrastowały z jego burym, łatanym wielokrotnie ubraniem na modłę mugolską. Czy nieznajomy w ogóle był czarodziejem, czy może trafił im się charłak? Bo gdyby miał różdżkę, to by nie dopuścił do stoczenia się, prawda? I cerowania ubrań przy pomocy nici.
Prawdopodobieństwo, że spotkają się właśnie tutaj, i że wpadnie mu w ramiona, wynosiło nawet mniej niż zakładane 0.0005%. Lestrange rzadko paradował po Pokątnej, zwykle chodził tędy, gdy miał coś do załatwienia. Korzystał z teleportacji lub Fiuu, gdyż... Cóż - nie lubił ludzi i nienawidził tłumów. Najlepiej czuł się w cichym, odosobnionym miejscu, gdy dźwięki nie rozpraszały go zbytnio, a nieprzyjemne odgłosy życia codziennego nie wwiercały się w bębenki, powodując dyskomfort.
- Pochlebia mi, że gdy tylko słyszysz o dewiacji mózgu, myślisz o mnie - odpowiedział bez mrugnięcia okiem, odruchowo przejeżdżając otwartą dłonią po materiale marynarki na prawym ramieniu. Zagniecenia, które się pojawiły, zostały momentalnie wygładzone. - Nie wydajesz się być niezadowolony z faktu, że masz więcej pracy.
Tylko zerknął na jego pakunki, dryfujące w powietrzu. Rookwood, Black... Ach, Vespera. Praktycznie nie miał z kobietą styczności, lecz słyszał że wzięła wolne. Zapewne miało to związek z podróżą poślubną. Co było ciekawe, bo całe to wesele już dawno wywalił z pamięci, nie chcąc żeby te wspomnienia zaśmiecały mu umysł. Nawet nie pamiętał, czy widział tam Morpheusa, tak był skupiony na kuzynce i fakcie, że musi zrobić cokolwiek, by ochronić ją przed wścibskimi spojrzeniami, gdy ich skórę porosły kurze pióra.
- Jeżeli będziesz potrzebował konsultacji - służę - kiwnął lekko głową, bo w zasadzie nie miał powodu, by nie oferować pomocy. Nie miał też jednak powodu, by dłużej tu stać i już miał wymijać Longbottoma i się żegnać, gdy drgnął. Drgnął, bo nie widział żebraka, ale to uczucie, które oblepiało jego plecy, wzmogło się.
- Ach, bogaci panowie z Ministerstwa - klaśnięcie w dłonie było aż nazbyt słyszalne. - Dobrze panom płacą, prawda? Co ja słyszę, Black?
Żebrak nie słyszał całości rozmowy, lecz wyłapał zaledwie skrawki, które zgrabnie - acz błędnie - połączył w całość. Znajdował się niebezpiecznie blisko i z każdą sekundą skracał dystans. Nie był brudny, ale zdecydowanie był obdartusem. Czerń i wypłowiały błękit mocno kontrastowały z jego burym, łatanym wielokrotnie ubraniem na modłę mugolską. Czy nieznajomy w ogóle był czarodziejem, czy może trafił im się charłak? Bo gdyby miał różdżkę, to by nie dopuścił do stoczenia się, prawda? I cerowania ubrań przy pomocy nici.