— Też mi się tak wydaje. Przykro mi, że tak jest — szczerze wyraził swoją skruchę i smutek z tego powodu. Uważał, że Jonathan i Anthony stanowiliby dobraną parę, gdyby tylko
Gdyby teraz rozmawiał o tym z Jonathanem, powiedziałby z arogancją w głosie, że przeleciał Dolohova dokładnie w tym miejscu, gdzie prefekt Gryfonów je codziennie śniadanie i zrobiłby to po tym, jak już wspomniane śniadanie zjadł. Nie rozmawiał jednak z Selwynem, a z Anthonym, z którym szczerość nie była tak niewygodna, żeby zbywać ją ordynarnym zachowaniem podobnym do tego z rozmów jego rodzonych braci. Z bratem z krukońskiej wieży nie potrzebował zasłony żartu, aby czuć się pewniej. Wystarczyła otulająca ich ciemność.
Pauza ciążyła mu na ramionach. Podciągnął kolana pod brodę i objął nogi rękoma. Papieros tlił się, jak mroczny ognik, jak świetlik bez celu, który zabłądził zbyt wysoko w górę, zwabiony zapachem przekwitłej koniczyny, która od dawna była już skoszona z kwiecia i zapadała w zimowy sen, w przeciwieństwie do dwójki nastolatków. W końcu przyłożył usta do końcówki, zaciągnął się mocno, aż piekło go w jego wątłych płucach i strzepnął na bok popiół, byle gdzie, na glebę. Ciężko było mu pojąć, że jeszcze przed chwilą całował kogoś i to było proste, w całym natłoku emocji, tak ludzko proste.
— Nie powinienem tego mówić na głos, prawda? To nie jest mój sekret do opowiedzenia. — To zdecydowanie wystarczyło na potwierdzenie, tak jak palce wieszcza na dolnej wardze, gdy już wypuścił z nozdrzy i ust dym. — To głupie. Nie rozumiem tego. Wszystko się popieprzyło. Powinienem wyjść za Charlotte, a ty siedzieć gdzieś... Nie wiem gdzie, z Jonathanem. Tymczasem Charlotte ma Neda, a my siedzimy w tym razem. I ja... Ja nawet tego nie wiedziałem, aż do teraz!
Ostatnie burknął niemal, sfrustrowany, energicznie, z gniewem, zgniatając resztę papierosa o ziemię, robiąc w niej aż dołek. Schował twarz w dłoniach, przesunął je we włosy i złapał je u nasady, burząc trzymający się głównie dzięki magii porządek na głowie. Rwał sobie włosy z głowy.
— I ze wszystkich ludzi! Ze wszystkich! — Zażenowany samym sobą wrócił do leżenia na plecach.