– Po to masz bliskich, żeby móc się na nich oprzeć, kiedy potrzebujesz pomocy – zobowiązanie… Tak, to było zobowiązanie, tak została wychowana i tak uważała. Ubrała to jednak w nieco inne słowa, odpowiedniejsze i takie, które rzeczywiście miała na myśli w tej całej sytuacji. – I tak, narzeczeństwo to zobowiązanie… – Drakowi też by pomogła, gdyby widziała, że jest z nim bardzo źle. Na szczęście pomagać mu nie musiała. To, że przyprawiała mu rogi, to zupełnie inna rozmowa, a Victoria czuła się rozgrzeszona, bo tego typa nawet dobrze nie znała, nie znosiła go. Ale by pomogła, skoro już powiedziała „a” – należało też wtedy powiedzieć „b”. – W tę czy inną stronę – nie przeszkadzało jej to, a przynajmniej nie w przypadku tej ostatniej relacji. Brała to z całym bagażem doświadczeń, ze wszystkim co dobre i ze wszystkim co złe. – A kto z nas ma dobre wzorce? Ty? – lekko przekrzywiła głowę. Ojciec, który rucha wszystko co popadnie i macocha, która dawała mu odczuć, że jest niechcianym dzieckiem. – Ja? – uniosła wyżej brwi. Może Sauriel miał mieć dobre wzorce? – To nie wzorce, to to, co ma się tutaj – i lekko postukała się palcem w skroń, nie po to, by pokazać, że coś jest głupie, a żeby wskazać, że chodzi jej o własny rozum. Każdy miał przecież swój: tak jak dupę i zdanie.
Było widać, że Victoria odrobinę się zmieszała i nie do końca wiedziała jak ma odpowiedzieć i zareagować na te przeprosiny. Miała trochę za złe ludziom z najbliższego otoczenia, że tak łatwo było im wydawać osądy i od razu każdy jej mówił, że to nie dla niej, że będzie nieszczęśliwa, i nikt tak naprawdę nie zadał sobie trudu by pomyśleć, co ona o tym wszystkim myśli, jak się czuje i czego chce. Rozumiała skąd się to brało, z troski i tak dalej, ale ile mogła wykonywać polecenia rodziny? To nawet nie chodziło to, że ktoś ją poparł, po prostu miała dość zabawy jej własnymi uczuciami, przede wszystkim nie miała ochoty trzeci raz przechodzić przez wymuszone przez rodzinę narzeczeństwo i zakładanie rodziny z kimś, kogo by nie chciała.
– Dla mnie nie jest niebezpieczny – odparła cicho, zapatrzona w miskę wypełnioną mąką, z którą nie bardzo czuła, co należy zrobić. – Ale rozumiem tamte słowa i troskę. Też bym się martwiła – ale czy była osobą, która dała się innym poznać jako nierozważna? Jako kochliwa? Albo wiecznie wpadająca w tarapaty z różnych powodów, tych miłosnych, i tych zdecydowanie nie? Tak czy siak – nie było o czym mówić. Wtedy było źle, ale tydzień później zrobiło się jeszcze gorzej, tak, ze nie było się nawet czym chwalić, bo dostała kosza i to nigdy nie było proste. I nie minął od tego czasu nawet miesiąc, nawet jeśli wydawało się, że tyyyle minęło. Ale nie. Po prostu bardzo dużo się działo, a czas nie zwalniał i można było mieć bardzo złe wrażenie. – Zdecydowanie przydałoby ci się odpocząć w spokoju – ale spokój… ha. Kolejne kilka tygodni miało pokazać, że to nie miał być żaden spokój. Co najwyżej koniec jakiegoś rozdziału dla Laurenta, ale nie spokój. Może później uda mu się trochę odpocząć… Na pewno jednak jeśli nic nie zmieni, to nie zacznie się robić lepiej, co Victorię też martwiło, bo ile niepowodzeń mógł znieść jeden człowiek? – Uuhmm… nie wiem – czy było w porządku? Nie pokłócili się, nie było żadnych krzyków, rozstania z przytupem ani nic. Było… spokojnie. Ale Victoria czuła się niechciana, pomimo tego, że obiecała sobie, że nie zostawi go z tym wszystkim samego. – Rozmawiamy ze sobą, to na plus – stwierdziła w końcu i lekko przekrzywiła głowę. Może to dobrze, że teraz gadali, bo przynajmniej nie skupiała się na ugniataniu tego okropnego ciasta, które stawało się coraz mniej… paciajowate. – Był tutaj kilka razy, raz przed naszym wyjazdem do Włoch, potem… kilka dni temu – a jaki wkurwiony przyszedł… Nie dziwiła mu się, też by była zła, jakby Stanley do niej wypisywał takie kocopoły w listach. – Umówiliśmy się, że będzie pilnował Lunę, jak będzie miał czas, a ja będę w pracy. Wiesz… On i tak nic nie jest w stanie robić w dzień, a ona potrzebuje uwagi, więc… – więc mu za to zapłaci, ale wilk będzie syty i owca cała. Vika uśmiechnęła się leciutko – kot zdecydowanie załagodził pewne rzeczy pomiędzy nimi. – I tyle w sumie – wzruszyła ramionami, bo ta ich ostatnia rozmowa wiele ją kosztowała. Była przy tym trochę wycofana, bo nie chciała, żeby to jej na szybko składane serce, połamało się raz jeszcze. Ale tak, było lepiej. Trochę, ale było.
– Nie, jedyne zdjęcie to efekt końcowy – burknęła, wskazując głową na gazetę, bo obie dłonie miała umoczone w cieście, niemalże po łokcie, skoro nie wiedziała, jak się za to dobrze zabrać. – Jest tylko, że ma być elastyczna i zwarta kula – westchnęła, bo minęła minuta, może dwie, a to ciasto nadal było takie…. Takie dziwaczne. Ale trzeba przyznać, że zaczynało nabierać jakiejś innej konsystencji. Victoria chciała wyciągnąć jedną rękę, żeby pokazać Laurentowi, że naprawdę nie ma żadnych sensownych zdjęć, ale ciasto przykleiło jej się do ręki i ciągnęło, miała oblepione palce i szybko z tego zrezygnowała, wciskając znowu łapę w ciasto. Za to schyliła się i wygięła dziwnie, żeby zębami złapać rączkę swojej wiernej różdżki – to był już akt desperacji. No przecież nie wytrze się w fartuszek, i nie dotknie tak niczego, tym bardziej, że kot zaczął się nadmiernie interesować tym całym procesem. W końcu i z tym się poddała, a za jakiś czas kula była… no przestała się aż tak lepić do łap, chociaż nadal była lepka. Ale czy elastyczna? Może i tak. Victoria była zmęczona jak po maratonie. – I teraz każą to przykryć, zostawić w ciepłym miejscu i pójść sobie na godzinę – mruknęła, gdy klepnęła ciasto dwa razy ręką i zabrała dłonie z ulgą. Brudna. Z pewną ulga złapała za różdżkę i machnęła nią, żeby wyczyścić łapy sobie i Laurentowi. Nie wytrzymałaby przecież ani sekundy w syfie. – Porobisz w tym czasie ze mną laleczki? – zapytała wskazując na stół i rzeczy, które tam leżały.