15.01.2023, 15:10 ✶
- A do czego innego by miało? – zapytał z wahaniem, podnosząc wzrok na Reginę. Już sobie wyobrażał wilkołaka, który padł trupem w zmienionej formie. Obraz zaraz przekształcił się w mantykorę, szalejącą po lesie i machająca ogonem zakończonym jadowitym żądłem. Nie byli w Grecji, więc skąd u licha miałaby się tutaj wziąć? Przełknął głośno ślinę, odsuwając się nieco, by pozwolić olbrzymce na przeprowadzenie badań. Mieli zdobyć tylko kilka włosów, ale cały ten wypad do rezerwatu różnił się od wszystkich tych, do których przywykł. To mogło skończyć się śledztwem albo odkryciem czegoś okropnego. Nie był ani brygadzistą, ani archeologiem, tym bardziej magizoologiem. Dlaczego znów się w coś wplątał?
Obrócił w dłoniach róg jednorożca, wciąż mając w umyśle kości, które znajdowały się pod ich stopami. Znaleźli szkielet. Ale gdzie podziała się głowa? Sądząc po tym, że róg znajdował się kawałek dalej od reszty ciała, musiała również gdzieś tu być. Chyba że ktoś ją sobie przywłaszczył? Pytanie tylko kto i – przede wszystkim – po co?
- Rezerwat nie miał na celu ochrony zwierząt przed drapieżnikami? – dopytał, chociaż nie dało się tak łatwo pokonać natury, ani tym bardziej przeszkodzić groźniejszym zwierzętom w zdobywaniu pożywienia. Co innego kłusownicy, którzy mieli się stąd trzymać z daleka. Może to wcale nie jakiś wilk, tylko właśnie człowiek? Nie wiedział już, co o tym myśleć, ale widok kupy kości nie sprzyjał jego dobremu samopoczuciu, dostatecznie już zszarganemu przez atak chochlików kornwalijskich.
Podał Reginie róg, gdy o niego poprosiła.
- Raczej trzymam się miasta – wyjaśnił. Dla niego stare kamienice, tłum ludzi i hałas były prawdziwą dżunglą. Na łonie natury czuł się niepewnie, choć lubił spacery. Był raczej tym typem człowieka, który podczas pikniku martwiłby się wszystkimi owadami przelatującymi mu nad głową i tym, że łaskocze go trawa. Zależało do sytuacji. – Nie pocieszasz, wiesz? Ale mam rację, że coś jest tu zdecydowanie nie tak? Byłem już z tobą w tym lesie, nigdy nic nas nie zaatakowało, a teraz rzuciły się na nas chochliki. I znajdujemy kości zamiast żywego jednorożca.
Przejmował się, bo i miał czym. Łączył wypady z Reginą raczej z przyjemną wędrówką, rozmowami o niczym i ewentualnymi opowieściami na temat magicznych stworzeń. Nie ze śmiercią i niepokojem.
Brnęli dalej w las, a Fergus coraz bardziej miał ochotę zawrócić i odpuścić sobie szukanie śnieżnobiałych, rogatych koni. Jeśli mieli wpakować się w jakieś kłopoty, lepiej temu zaradzić już teraz. Darować sobie, potraktować sprawę rozsądnie. Ale, na brudne gacie Merlina, on nigdy nie potrafił podejmować słusznych decyzji, więc nawet nie poinformował Rowle o swoich rozmyślaniach.
Zamarł, gdy ich uszu doszło rżenie, a gdzieś w oddali niewielki biały punkt poruszył się i zaraz zniknął, opadając w dół. Sięgnął do kieszeni po różdżkę, choć już zdołał się dziś przekonać, że była całkiem bezużyteczna. W razie potrzeby mógł chociaż dźgnąć nią kogoś w oko. Albo coś, w zależności od tego, z czym mieliby do czynienia.
- Co robimy? – zapytał, czując, jak stres spływa mu po kościach. Nie mógł się ruszyć, ale też nie mógł zostać tutaj całkiem sam, więc jeśli Regina postanowi ruszyć naprzód, podąży za nią.
Obrócił w dłoniach róg jednorożca, wciąż mając w umyśle kości, które znajdowały się pod ich stopami. Znaleźli szkielet. Ale gdzie podziała się głowa? Sądząc po tym, że róg znajdował się kawałek dalej od reszty ciała, musiała również gdzieś tu być. Chyba że ktoś ją sobie przywłaszczył? Pytanie tylko kto i – przede wszystkim – po co?
- Rezerwat nie miał na celu ochrony zwierząt przed drapieżnikami? – dopytał, chociaż nie dało się tak łatwo pokonać natury, ani tym bardziej przeszkodzić groźniejszym zwierzętom w zdobywaniu pożywienia. Co innego kłusownicy, którzy mieli się stąd trzymać z daleka. Może to wcale nie jakiś wilk, tylko właśnie człowiek? Nie wiedział już, co o tym myśleć, ale widok kupy kości nie sprzyjał jego dobremu samopoczuciu, dostatecznie już zszarganemu przez atak chochlików kornwalijskich.
Podał Reginie róg, gdy o niego poprosiła.
- Raczej trzymam się miasta – wyjaśnił. Dla niego stare kamienice, tłum ludzi i hałas były prawdziwą dżunglą. Na łonie natury czuł się niepewnie, choć lubił spacery. Był raczej tym typem człowieka, który podczas pikniku martwiłby się wszystkimi owadami przelatującymi mu nad głową i tym, że łaskocze go trawa. Zależało do sytuacji. – Nie pocieszasz, wiesz? Ale mam rację, że coś jest tu zdecydowanie nie tak? Byłem już z tobą w tym lesie, nigdy nic nas nie zaatakowało, a teraz rzuciły się na nas chochliki. I znajdujemy kości zamiast żywego jednorożca.
Przejmował się, bo i miał czym. Łączył wypady z Reginą raczej z przyjemną wędrówką, rozmowami o niczym i ewentualnymi opowieściami na temat magicznych stworzeń. Nie ze śmiercią i niepokojem.
Brnęli dalej w las, a Fergus coraz bardziej miał ochotę zawrócić i odpuścić sobie szukanie śnieżnobiałych, rogatych koni. Jeśli mieli wpakować się w jakieś kłopoty, lepiej temu zaradzić już teraz. Darować sobie, potraktować sprawę rozsądnie. Ale, na brudne gacie Merlina, on nigdy nie potrafił podejmować słusznych decyzji, więc nawet nie poinformował Rowle o swoich rozmyślaniach.
Zamarł, gdy ich uszu doszło rżenie, a gdzieś w oddali niewielki biały punkt poruszył się i zaraz zniknął, opadając w dół. Sięgnął do kieszeni po różdżkę, choć już zdołał się dziś przekonać, że była całkiem bezużyteczna. W razie potrzeby mógł chociaż dźgnąć nią kogoś w oko. Albo coś, w zależności od tego, z czym mieliby do czynienia.
- Co robimy? – zapytał, czując, jak stres spływa mu po kościach. Nie mógł się ruszyć, ale też nie mógł zostać tutaj całkiem sam, więc jeśli Regina postanowi ruszyć naprzód, podąży za nią.