- Jeśli cię to tak interesuje to sprawdź to. Nie zamierzam zdradzać swoich tajemnic. - Po raz kolejny wyzwanie zostało rzucone między nimi. Pojawił się też błysk w oku, znowu go prowokowała, tym razem jednak do działania. Nie miała pojęcia, czy zechce faktycznie to sprawdzić. Dała mu jednak możliwość, nie gotową odpowiedź, uważała to za sprawiedliwe. Nie wydawało jej się jednak, że będzie tym faktycznie zainteresowany, ale nie zamykała drzwi, najwyraźniej była gotowa otworzyć się jeszcze bardziej, o ile nadarzy się taka okazja.
- Nie mogłabym mieszkać w środku głuszy, bo nie ma tam barów. - Uciekła z głuszy, jakby nie patrzeć. Jej rodzinna rezydencja znajdowała się w Walii, w samym sercu Gór Kambryjskich, lubiła tam wracać, jednak nawet i ona potrzebowała czasem towarzystwa. Brakowało jej zgiełku miasta, gdy zaszywała się tam na zbyt długo. Wbrew pozorom Yaxleyówna łaknęła towarzystwa innych osób, chociaż mogła wydawać się z początku raczej mrukliwa. Miała sobie więcej z ekstrawertyka, który czerpał energię od innych ludzi. Lubiła rozmawiać z nieznajomymi, wysłuchiwać ich poglądów, historii. W głuszy nie miała na to szansy.
- Niezależność wcale nie stoi obok samotności. - Nie w jej świecie. Nie musiała być wcale samotna, aby mogła robić to na co miała ochotę. Nie chciała po prostu, aby ktokolwiek mógł jej coś narzucić, zależało jej na podejmowaniu decyzji bez ingerencji innych osób, którym mogło wydawać się, że są mądrzejsze. Chciała przeżyć życie na swoich zasadach, popełniać błędy, uczyć się na nich. Tak, aby móc sobie spojrzeć w oczy i nie żałować tego, że czegoś nie zrobiła.
- Nie, nie wyobrażam, jestem pewna, że nie byliby tam w stanie przetrwać nawet jednego dnia. - Niektórzy z tych ludzi mieli problem nawet z wejściem do lasu, zdawała sobie sprawę. Bali się tego, co mogli tam spotkać, bali się bliskości natury, nie powinno jej to dziwić, większość z nich zapewne nie chciałaby ubrudzić tych swoich pięknych szat. Mieli czego żałować, nigdzie bowiem człowiek nie czuł się tak bardzo wolny, jak na łonie natury. Z dala od ciekawskich spojrzeń czekających na potknięcie, z rozwianymi włosami tańczącymi na wietrze. Nie wiedzący co właściwie go spotka.
- Cóż, ich wybór, nie mają pojęcia, co tracą. - Wzruszyła jedynie ramionami. Mógł zauważyć, że nie do końca czuła się częścią tej elity, o której rozmawiali, jak mniemała on też, nie bez powodu rozmawiali o nich, jakby byli zupełnie inną grupą społeczną.
- Zawsze to jakiś wybór, gorzej jakby nie mieli żadnego. - W tym wypadku żaden z tych wyborów nie wydawał się jej być dobry, ale z drugiej strony kimże ona była, żeby ich oceniać. Każdy szedł przed życie, tak jak chciał. Nie zamierzała już więcej tego komentować. Nie jej rolą było zastanawianie się nad tym, czy arystokraci byli w stanie wieść szczęśliwe życie.
- Nie, nie nieszczęśliwa miłość, raczej jej brak, to coś zupełnie innego. - Mógł po raz kolejny wytykać jej nihilizm, na pewno po raz kolejny stwierdziłaby, że to realizm. To nie tak, że negowała wszystko do czego dążyła większość ludzi, ona po prostu nie czuła tego wcale. To nie były jej cele, to nie było to czego pragnęła, a przez to, że nie miała szansy nigdy w życiu zaznać czegoś podobnego, to raczej nie wierzyła, że to jest możliwe, chociaż właściwie nie przeżyła na tym świecie, aż tylu lat, by mogła wydawać podobne osądy. Była jednak typowym, młodym, butnym człowiekiem, któremu wydawało się, iż zjadł wszystkie rozumy świata.
- Może trafiony, może nietrafiony. - Znowu wzruszyła ramionami, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, który miał nieco odwrócić uwagę od tego co mówiła. Jakby na razie wcale nie chciała brać odpowiedzialności za te słowa. Nie zamierzała odkrywać wszystkich kart od razu, wolała rzucać aluzje, może kiedyś przyjdzie mu ją poznać tak naprawdę. Póki co trochę z nim grała.
- Wilkołaki nie lubią kocimiętki. Prychnęła nieco rozbawiona. - Coś marny z ciebie przydupas wilkołaków. - Najwyraźniej zamierzała kwestionować jego przyjaźń z tymi wielkimi psami. Erik nigdy nie wspominał o kocimiętce, tak samo jak jej rodowe książki na temat magicznych stworzeń. Może myślał, że tego nie wyłapie? Cóż, nadal pozostawała czujna.
Przewróciła oczami, gdy określił ją jako łowną. Mimo, że te słowa miały trochę sensu nie do końca jej się to spodobało. Do zbyt wielu zwierząt ją porównywał, niedługo zabraknie mu gatunków, bo przecież nie znał ich zbyt wielu.
- Mroki jasnej nocy nie są mi straszne, przede mną nic się nie ukryje, powinieneś o tym wiedzieć. - Dalej próbowała go przestraszyć. Była jednak prawda w jej słowach. Wyczuwała bestie kryjące się w mroku, jej zmysły reagowały niczym alarm, informowały ją o tym, że magiczne stwory znajdowały się w pobliżu. Z ludźmi tak nie było, ale ich również się nie bała.
- Chętnie zobaczę ten element zaskoczenia, będę na ciebie czekać. - Mógł być pewien, że nie da się zaskoczyć, nigdy. Za bardzo zwracała uwagę na otoczenie, praktycznie nigdy nie traciła czujności, nie sądziła, aby udało mu się znaleźć odpowiedni moment, najwyraźniej go nie doceniała.
- Myślę, że możesz mi się do czegoś przydać, tylko jeszcze nie wiem do czego konkretnie, ale cię nie skreśliłam. - Cóż, był uzdrowicielem, na pewno znalazłaby dla niego zajęcie, nie było sensu pozbywać się Greengrassa ze swojego otoczenia, do tego miał całkiem uroczą buźkę i bystry umysł, co najwyraźniej jej się podobało. Nie zamierzała mu jednak o tym powiedzieć, bo jeszcze obrósłby w piórka, a i tak wydawał jej się być dosyć mocno pewny siebie.
- Memrotka, mamrot to tanie wino, mamrotek więc to chyba mała wersja taniego wina? - Tym razem nie wybaczyła mu kolejnej pomyłki, jedną zniosła, drugą musiała wytknąć. - Ale spokojnie mogę ci pokazać jedno i drugie, jeśli tylko będziesz miał ochotę. - Posłała mu jeden ze swoich uśmiechów, nie naśmiewała się z niego, nie o to jej chodziło, chciała tylko pokazać, że jednak był nieco ignorantem.
- Tylko starsze panie? - Weszła mu w słowo, wydawało się, że wianuszek młodych czarownic również się do niego ustawia. - Myślę, że panie ogólnie mają do ciebie słabość. - Wcale nie czuła się nieswojo mówiąc mu o tym. - Nie mogę więc zawieść mojej widowni, czyli jak, powinnam cię teraz uwieść i wykorzystać? - Jakby upewniała się, jaka jest jej rola w tym całym przedstawieniu.
Dała się poprowadzić na parkiet, czuła, że podąża za nimi wiele ciekawskich spojrzeń, było to jej bardzo na rękę. Miała nadzieję, że faktycznie dzięki nim ci smutni, zmęczeni życiem ludzie będą mieli tematy do dyskusji. Udało im się znaleźć wolne miejsce na parkiecie, chociaż wcale nie było to takie proste, sala była pełna tańczących par. Mogli zacząć przedstawienie.