06.09.2024, 10:33 ✶
Icarus był jej kuzynem, częścią rodziny, młodszym bratem Basiliusa, Florence zawsze więc traktowała go podobnie do reszty krewnych z tego pokolenia, nawet jeżeli widziała wyraźnie, że ciotka była mu niechętna. Nie identycznie, bo zawsze były jakieś drobne różnice, wynikające z charakterów, wieku i tego, ile czasu razem się spędzało. Z Basiliusem, Krukonem, uzdrowicielem, kuzynem młodszym tylko o dwa lata, człowiekiem, który przez większość czasu albo był rozsądny, albo rozsądnego udawał, znajdowała na przykład wspólny język łatwiej niż z innymi. Laurent Prewett wzbudzał w niej matczyne instynkty i wstyd za własną rodzinę: za to, jak był traktowany i w jaki sposób jego ojciec zranił innych romansem z jego matką. Atreus był jej dużo młodszym bratem, źródłem trosk zarazem i ukradkowych uśmiechów, do którego chyba największą miała słabość, może trochę z powodu charakteru, a może dlatego, że czuła się za niego odpowiedzialna mniej więcej odkąd miała jakieś osiem lat, a on zaczął raczkować po domu i regularnie robić sobie krzywdę. Inaczej więcej – ale nigdy gorzej. Kochała Icarusa tak, jak kochała innych, opatrywała rozbity nosy i pokaleczone kolana jak innym, pilnowała, aby dostawał prezenty urodzinowe nie gorsze od pozostałych i tak jak na innych patrzyła surowym wzrokiem, kiedy uważała, że coś przeskrobał. Nie obwiniała dzieci o grzechy ojców. Istnienie Icarusa sprawiało jednak, że nieustannie obwiniała Dedalusa, tak samo, jak obwiniała Edwarda.
Chyba nawet stojąc nad trumną Dedalusa niewiele znajdowała w sobie rozpaczy i tęsknoty za wujem, i żadnego przebaczenia dla kogoś, kto świadomie zranił żonę, naraził reputację rodziny, a swojego syna skazał na życie z otaczającymi go pogłoskami o byciu bękartem czy kimś o „zepsutej krwi”, jak śmierciożercy twierdzili głośno, a wielu innych przyciszonymi głosami. Nigdy nie należącego w pełni do świata wyższych sfer czarodziejskich – nigdy nie mającego wpasować się dobrze i gdzie indziej, ze względu na noszone nazwisko.
Teraz więc też Icarus został potraktowany podobnie, jak potraktowałaby każdego innego kuzyna. Bezceremonialnie uniosła mu koszulę, wyciągnęła różdżkę, rzuciła zaklęcie, dzięki któremu skóra na boku zatraciła swoje kolory (swoją drogą nienaturalne, bo siniec już się pojawił), pokazując żebra pod spodem. Obejrzała je bardzo uważnie, zacmokała z niezadowoleniem.
- Jedno żebro złamane, drugie pęknięte. Trzecie tylko obite. Dzięki Merlinowi, bez przemieszczeń, ale najbliższe dwa dni spędzi w łóżku - oceniła na pytanie Basiliusa.
A potem, gdy się odezwał, spojrzała na niego bardzo, bardzo uważnie. Wzrok miała chłodny, skupiony, można by pomyśleć, że próbowała czytać mu w myślach – albo… albo sprawdzała czy nie planuje rychłej potyczki z innymi historykami, jak jasnowidzeniem stale „skanowała ich” jako młoda dziewczyna, gdy dostawała pod opiekę całe stadko młodszych krewnych i uciekała się do tego, aby nad nimi zapanować.
- Nie mogliście też przewidzieć, że taka kobieta, skoro jest agresywna, mogłaby mieć przy sobie na przykład różdżkę? - spytała spokojnie, a potem zwróciła spojrzenie na Basiliusa. - Możecie mi wyjaśnić, jak to się stało, że połamała was "starsza, drobna historyczka magii" Dlaczego w ogóle biliście się ze starszą, drobną historyczką magii? - spytała, po czym wycelowała różdżką ponownie w Prewetta. - Nie ruszaj się.
Zaklęcie transmutacyjne wypełniało braki, sprawiało, że kości znów się zrastały. Uczucie było dziwne, nie tyleż bolesne, co mało przyjemne. Oczywiście, to było za mało, aby Icarus doszedł do siebie - taka magia nie była trwała. Ale stanowiło pierwszy krok w procedurze leczenia.
Chyba nawet stojąc nad trumną Dedalusa niewiele znajdowała w sobie rozpaczy i tęsknoty za wujem, i żadnego przebaczenia dla kogoś, kto świadomie zranił żonę, naraził reputację rodziny, a swojego syna skazał na życie z otaczającymi go pogłoskami o byciu bękartem czy kimś o „zepsutej krwi”, jak śmierciożercy twierdzili głośno, a wielu innych przyciszonymi głosami. Nigdy nie należącego w pełni do świata wyższych sfer czarodziejskich – nigdy nie mającego wpasować się dobrze i gdzie indziej, ze względu na noszone nazwisko.
Teraz więc też Icarus został potraktowany podobnie, jak potraktowałaby każdego innego kuzyna. Bezceremonialnie uniosła mu koszulę, wyciągnęła różdżkę, rzuciła zaklęcie, dzięki któremu skóra na boku zatraciła swoje kolory (swoją drogą nienaturalne, bo siniec już się pojawił), pokazując żebra pod spodem. Obejrzała je bardzo uważnie, zacmokała z niezadowoleniem.
- Jedno żebro złamane, drugie pęknięte. Trzecie tylko obite. Dzięki Merlinowi, bez przemieszczeń, ale najbliższe dwa dni spędzi w łóżku - oceniła na pytanie Basiliusa.
A potem, gdy się odezwał, spojrzała na niego bardzo, bardzo uważnie. Wzrok miała chłodny, skupiony, można by pomyśleć, że próbowała czytać mu w myślach – albo… albo sprawdzała czy nie planuje rychłej potyczki z innymi historykami, jak jasnowidzeniem stale „skanowała ich” jako młoda dziewczyna, gdy dostawała pod opiekę całe stadko młodszych krewnych i uciekała się do tego, aby nad nimi zapanować.
- Nie mogliście też przewidzieć, że taka kobieta, skoro jest agresywna, mogłaby mieć przy sobie na przykład różdżkę? - spytała spokojnie, a potem zwróciła spojrzenie na Basiliusa. - Możecie mi wyjaśnić, jak to się stało, że połamała was "starsza, drobna historyczka magii" Dlaczego w ogóle biliście się ze starszą, drobną historyczką magii? - spytała, po czym wycelowała różdżką ponownie w Prewetta. - Nie ruszaj się.
Zaklęcie transmutacyjne wypełniało braki, sprawiało, że kości znów się zrastały. Uczucie było dziwne, nie tyleż bolesne, co mało przyjemne. Oczywiście, to było za mało, aby Icarus doszedł do siebie - taka magia nie była trwała. Ale stanowiło pierwszy krok w procedurze leczenia.