06.09.2024, 12:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2024, 12:12 przez Samuel McGonagall.)
Właściwie nigdy nie był na nią zły. Wiedział, że nie ma prawa, tak samo jak nie miał prawa złościć się na swoją matkę, która podjęła przed laty decyzję o tym, żeby nazwać klątwę błogosławieństwiem, żeby nie szukać pomocy i z radością przyjmować każde pnącze, każdą dziką, trującą roślinę, którą magią powołał do życia. Nie miał prawa, bo cóż on wiedział o świecie, jeden raz, w zagubieniu i zgryzocie, jeden raz w palącej zazdrości i niezrozumieniu dziejącej się przed jego oczami sytuacji, jeden raz podjął decyzję i była ona zła.
Pozbawił ich ośmiu lat.
Kiedy on miał osiem lat, jego ojciec zaczął chorować, skończyły się zabawy, skończyły harce po Kniei i wspólne wypady na ryby. Kiedy miał osiem lat nie wiedział, nie był świadom co się dzieje, ale był to początek końca. On nie był swoim ojcem, mimo że twarz miał tak podobną, on nie był chory, wciąż sprawny, mógł dać Mabel to, czego Altair nie miał sił już ofiarować swojej rodzinie. On miał jeszcze szanse, ale smutek wypełniał go i wilżył mu oczy. Nawet po tylu eliksirach, nie miał siły się bać, że przywoła klątwę. Ostatecznie to nie ziemia dała mu korzenie, a jego dłonie stały się korzeniami, gdy wyruszyły ku swojej ziemi, ku słodkiej woni kwiatu, leżącego obok niego. Wczepił się w nią ciasno, ukrył twarz w miękkiej piersi łkając w poczuciu winy i nieutulonego żalu, w żałobie za tym co było przekreślone. I płakał, płakał długo, aż słońce wstało wysoko, aż Nora zdała sobie sprawę, że umilkł, a jego oddech był wolny i miarowy, głowa zaś bardzo ciężka. Zaszyty w nią, zaklęty w latach osamotnienia wrósł korzeniami w tą, która go skrzywdziła. Dziesięć lat na każdy jeden czerwony kryształ, jako pokutę zadaną od Kniei z żywicznym kamieniem wziętym wprost z drzewa, pod którym szeptali sobie miłosne zaklęcia po raz pierwszy i ostatni.
Pozbawił ich ośmiu lat.
Kiedy on miał osiem lat, jego ojciec zaczął chorować, skończyły się zabawy, skończyły harce po Kniei i wspólne wypady na ryby. Kiedy miał osiem lat nie wiedział, nie był świadom co się dzieje, ale był to początek końca. On nie był swoim ojcem, mimo że twarz miał tak podobną, on nie był chory, wciąż sprawny, mógł dać Mabel to, czego Altair nie miał sił już ofiarować swojej rodzinie. On miał jeszcze szanse, ale smutek wypełniał go i wilżył mu oczy. Nawet po tylu eliksirach, nie miał siły się bać, że przywoła klątwę. Ostatecznie to nie ziemia dała mu korzenie, a jego dłonie stały się korzeniami, gdy wyruszyły ku swojej ziemi, ku słodkiej woni kwiatu, leżącego obok niego. Wczepił się w nią ciasno, ukrył twarz w miękkiej piersi łkając w poczuciu winy i nieutulonego żalu, w żałobie za tym co było przekreślone. I płakał, płakał długo, aż słońce wstało wysoko, aż Nora zdała sobie sprawę, że umilkł, a jego oddech był wolny i miarowy, głowa zaś bardzo ciężka. Zaszyty w nią, zaklęty w latach osamotnienia wrósł korzeniami w tą, która go skrzywdziła. Dziesięć lat na każdy jeden czerwony kryształ, jako pokutę zadaną od Kniei z żywicznym kamieniem wziętym wprost z drzewa, pod którym szeptali sobie miłosne zaklęcia po raz pierwszy i ostatni.