06.09.2024, 14:00 ✶
Sam nie wiedział czy chciał się dowiedzieć, jakie niespodzianki Florence miała w zanadrzu. To, że w szpitalu była względnie przewidywalna nie oznaczało, że poza kliniką mogła być dokładnie taka sama. Mimo ziania arktycznym chłodem, nie mógł wykluczyć, że w niekontrolowanych warunkach była zupełnie innym człowiekiem. Oczywiście, trudno mu było wyobrazić sobie Bulstrode jako ognistą, gwałtowną i emocjonalną czarownicę, ale nie wykluczał, że mógł się interesująco pomylić. Nie mieli okazji spędzić ze sobą zbyt wiele czasu poza Mungiem. Byli wyłącz zawodowymi kompanami i żadne z nich nie paliło się (co w kontekście możliwej żarliwości Flo brzmiało zabawnie), żeby to zmienić.
Lubił ją. Wbrew temu, co robił i mówił, gdy wyrażali inne opinie. Naprawdę szanował jej podejście do pracy, ale nie tylko to. Względnie dobrze wymieniało mu się z nią spostrzeżenia. Nawet, jeśli czasem irytował się na te proste rzeczy, które zwykli robić zupełnie inaczej. Wytykał jej, że robiła coś na opak, że była sztywna i nudna w przekonaniach, że mogłaby się otworzyć na zmiany. Jednocześnie sam również nie był wielkim zwolennikiem robienia rzeczy w zgodzie z czyimś zasadami a nie ze swoją intuicją. To dlatego miewali zgrzytające, często trudne do wyjaśnienia spiny, ale na koniec dnia Ambroise gładko przechodził z tym do porządku. Zgadzał się z nią nie zgadzać i nawet niespecjalnie usiłował wytykać kobiecie, że się myliła. Po paru razach to odpuścił. Wychodził ze szpitala i odsuwał sprzeczkę w zapomnienie a rano zachowywał się tak, jakby nigdy nie wynikła. Wracał do tematu nieczęsto, ale w bardzo trafnych momentach, gdy uważał, że mógł jej wytknąć zamierzchłe poróżnienia.
Tak się żyło w tym miejscu. Na swój uroczo kąśliwy sposób to była niepisana rutyna, norma. Gdyby postanowili wynieść znajomość poza mury szpitala, dynamika musiałaby się nawiązać na nowo. Nie przeczyłby, że czułby się bardzo dziwnie, gdyby uzdrowicielka nagle wyciągnęła z rękawa całkowicie nową osobowość. W żadnym razie nie był gotowy na to, żeby zobaczyć Florence Niespodziankę. Ta myśl była równie interesująca, co niepokojąca. Nie wiedział, czy mógłby wrócić do szpitalnej dynamiki, gdyby koleżanka okazała się kompletnym imprezowym zwierzęciem lub kimś takim.
Może dlatego nigdy nie pomyślał, żeby zaproponować jej wspólne wyjście? Regularnie chodził na nie z kolegami ze szpitala, ale nigdy nie było na nich Flo w tym samym czasie, co Ambroisa. Jeśli ona też z kimś wychodziła, musiały to być dwa różne wyjścia. Jak dwa różne światy, mimo że najpewniej wychowali się w podobnych klimatach.
Nawet podejście do stażystów mieli różne. Greengrass bez wahania odesłał tamtego gościa (całkiem zapomniał jego imię) naturalnie uznając, że byłby tylko ciężarem. Traktował młodych uzdrowicieli równie ostro, co siebie, ale często przy tym nie pokładał w nich zbyt dużej wiary. Nie chciał mieć obok kogoś, za kogo reakcje musiałby odpowiadać. Zwłaszcza, jeśli obracali się wokół niezbadanych, najpewniej niebezpiecznych roślin. Wolał ponownie zawołać stażystę, gdy ten będzie potrzebny. Sądził, że inaczej tylko by przeszkadzał, więc słysząc uwagę Flo, Ambroise tylko niedbale machnął ręka.
- Oczywiście, że nie mam zamiaru - burknął w dalszym ciągu w zamyśleniu. - Natomiast jeszcze bardziej nie chce mi się zdrapywać go ze ściany, jeśli coś pójdzie nie tak - może przesadzał.
Nie mieli aż tylu śmiertelnych wypadków w budynku. Przez ostatnie lata trochę poprawili standardy bezpieczeństwa personelu i gości w Mungu (wydawało się, że odwrotnie proporcjonalnie do obniżania ich przez szkołę w Hogwarcie). Natomiast to był jeden z tych przypadków, w które angażowało się dodatkowe ręce tylko wtedy, gdy były bardzo potrzebne. Poza tym niewiele Ambroisa interesowało, kto posprząta bałagan, gdy ten będzie już tylko brudem i resztkami martwych roślin.
- Cieszy mnie, że jednoosobowa straż sąsiedzka działa - stwierdził, wysłuchując uprzednio rozwinięcia tematu znikających eliksirów.
O dziwo, nie był sarkastyczny. Liczyło się to, że kontrolę przyniosły efekt. Mało go obchodziło, że Florence dokładała sobie pracy, skoro najwidoczniej nie miała z tym problemu.
- Prawdopodobnie warto będzie zastosować to we wszystkich miejscach, w których trzymamy jakieś eliksiry - dodał, bo nie dość, że tym razem ewidentnie szanował jej dedykację, to był skłonny uczestniczyć w kontroli zapasów, aby jak najszybciej ukrócić złodziejskie procedery.
Oczywiście jeśli o nie chodziło a nie na przykład o stażystów tłukących fiolki i bojących się to zgłosić. Patrząc na to jak bardzo byli nieskłonni do brania odpowiedzialności za swoje czyny (nie wszyscy, ale niestety większość) to było równie prawdopodobne, co wynoszenie przez kogoś eliksirów. Jeśli Florence jeszcze tego nie zrobiła (a najprawdopodobniej zrobiła) wypadało przyjrzeć się kategoriom znikających substancji i temu, czy był w tym jakiś większy sens. Odnotował w pamięci, żeby o tym pomyśleć, ale wolał skupiać się na jednej rzeczy na raz. Gdyby chciał się rozpraszać, mieli jeszcze sprawę z żabami.
Szybko przekonał się, że słusznie kierował całą uwagę na to, co teraz robili. Pozornie nieszkodliwa, nawet ładna ławka szybko pokazała zęby w obliczu niebezpieczeństwa. Oczywiście, nie dosłownie. Dosłownie pokazała całą masę malutkich korzonko-nóżek, którymi poruszała szokująco szybko.
Widząc, że Florence rusza do działania, nie zawahał się ani chwili, żeby jak najszybciej odsunąć rękę od ławki. Nawet w grubych rękawicach, nie chciał trzymać palców w dziurze. I słusznie, bo ta w moment sama się załatała. Wydając złowieszcze dźwięki skrzypiących, pocieranych źdźbeł trawy, uzupełniła wycięte pole. No dobrze, zaczynało robić personalnie.
- To było bez eliksiru - poprawił Florence, rzucając spojrzenie w stronę jej i pojemnika, po czym zacisnął wargi. - Eliksir dopiero przed nami i jeśli chcesz się upewnić, to tak, nadal zamierzam go wypróbować, więc lepiej się odsuń - chciał wiedzieć, czy wykorzystali wszystkie inne alternatywy zanim przejdą do zaklęć. Liczył na to, że eliksir ich w tym wspomoże. Jedyne wątpliwości żywił wobec tego, że mogło go być stanowczo za mało. Po tym, co przed chwilą widzieli, nie zamierzał się patyczkować.
Nie patrząc na to, czy Florence postanowiła go posłuchać (była dorosłą kobietą), sięgnął po eliksir i gwałtownie z rozmachem wylał całą zawartość buteleczki na ławkę. Starał się rozlać go na jak największej połaci, żeby rośliny musiały zareagować w jednoczesnym momencie i nie mogły zacząć się regenerować.
Jednocześnie sam szybko odsunął się do tyłu, niemal wywracając się w półprzysiadzie na pośladki.
Trawa zadymiła, zaczęła gwałtownie się ruszać a powietrze przerwał dźwięk, który można było uznać za jednoczesny krzyk setek maleńkich listków. Był piskliwy, zawodzący, niewątpliwie przerażający.
Lubił ją. Wbrew temu, co robił i mówił, gdy wyrażali inne opinie. Naprawdę szanował jej podejście do pracy, ale nie tylko to. Względnie dobrze wymieniało mu się z nią spostrzeżenia. Nawet, jeśli czasem irytował się na te proste rzeczy, które zwykli robić zupełnie inaczej. Wytykał jej, że robiła coś na opak, że była sztywna i nudna w przekonaniach, że mogłaby się otworzyć na zmiany. Jednocześnie sam również nie był wielkim zwolennikiem robienia rzeczy w zgodzie z czyimś zasadami a nie ze swoją intuicją. To dlatego miewali zgrzytające, często trudne do wyjaśnienia spiny, ale na koniec dnia Ambroise gładko przechodził z tym do porządku. Zgadzał się z nią nie zgadzać i nawet niespecjalnie usiłował wytykać kobiecie, że się myliła. Po paru razach to odpuścił. Wychodził ze szpitala i odsuwał sprzeczkę w zapomnienie a rano zachowywał się tak, jakby nigdy nie wynikła. Wracał do tematu nieczęsto, ale w bardzo trafnych momentach, gdy uważał, że mógł jej wytknąć zamierzchłe poróżnienia.
Tak się żyło w tym miejscu. Na swój uroczo kąśliwy sposób to była niepisana rutyna, norma. Gdyby postanowili wynieść znajomość poza mury szpitala, dynamika musiałaby się nawiązać na nowo. Nie przeczyłby, że czułby się bardzo dziwnie, gdyby uzdrowicielka nagle wyciągnęła z rękawa całkowicie nową osobowość. W żadnym razie nie był gotowy na to, żeby zobaczyć Florence Niespodziankę. Ta myśl była równie interesująca, co niepokojąca. Nie wiedział, czy mógłby wrócić do szpitalnej dynamiki, gdyby koleżanka okazała się kompletnym imprezowym zwierzęciem lub kimś takim.
Może dlatego nigdy nie pomyślał, żeby zaproponować jej wspólne wyjście? Regularnie chodził na nie z kolegami ze szpitala, ale nigdy nie było na nich Flo w tym samym czasie, co Ambroisa. Jeśli ona też z kimś wychodziła, musiały to być dwa różne wyjścia. Jak dwa różne światy, mimo że najpewniej wychowali się w podobnych klimatach.
Nawet podejście do stażystów mieli różne. Greengrass bez wahania odesłał tamtego gościa (całkiem zapomniał jego imię) naturalnie uznając, że byłby tylko ciężarem. Traktował młodych uzdrowicieli równie ostro, co siebie, ale często przy tym nie pokładał w nich zbyt dużej wiary. Nie chciał mieć obok kogoś, za kogo reakcje musiałby odpowiadać. Zwłaszcza, jeśli obracali się wokół niezbadanych, najpewniej niebezpiecznych roślin. Wolał ponownie zawołać stażystę, gdy ten będzie potrzebny. Sądził, że inaczej tylko by przeszkadzał, więc słysząc uwagę Flo, Ambroise tylko niedbale machnął ręka.
- Oczywiście, że nie mam zamiaru - burknął w dalszym ciągu w zamyśleniu. - Natomiast jeszcze bardziej nie chce mi się zdrapywać go ze ściany, jeśli coś pójdzie nie tak - może przesadzał.
Nie mieli aż tylu śmiertelnych wypadków w budynku. Przez ostatnie lata trochę poprawili standardy bezpieczeństwa personelu i gości w Mungu (wydawało się, że odwrotnie proporcjonalnie do obniżania ich przez szkołę w Hogwarcie). Natomiast to był jeden z tych przypadków, w które angażowało się dodatkowe ręce tylko wtedy, gdy były bardzo potrzebne. Poza tym niewiele Ambroisa interesowało, kto posprząta bałagan, gdy ten będzie już tylko brudem i resztkami martwych roślin.
- Cieszy mnie, że jednoosobowa straż sąsiedzka działa - stwierdził, wysłuchując uprzednio rozwinięcia tematu znikających eliksirów.
O dziwo, nie był sarkastyczny. Liczyło się to, że kontrolę przyniosły efekt. Mało go obchodziło, że Florence dokładała sobie pracy, skoro najwidoczniej nie miała z tym problemu.
- Prawdopodobnie warto będzie zastosować to we wszystkich miejscach, w których trzymamy jakieś eliksiry - dodał, bo nie dość, że tym razem ewidentnie szanował jej dedykację, to był skłonny uczestniczyć w kontroli zapasów, aby jak najszybciej ukrócić złodziejskie procedery.
Oczywiście jeśli o nie chodziło a nie na przykład o stażystów tłukących fiolki i bojących się to zgłosić. Patrząc na to jak bardzo byli nieskłonni do brania odpowiedzialności za swoje czyny (nie wszyscy, ale niestety większość) to było równie prawdopodobne, co wynoszenie przez kogoś eliksirów. Jeśli Florence jeszcze tego nie zrobiła (a najprawdopodobniej zrobiła) wypadało przyjrzeć się kategoriom znikających substancji i temu, czy był w tym jakiś większy sens. Odnotował w pamięci, żeby o tym pomyśleć, ale wolał skupiać się na jednej rzeczy na raz. Gdyby chciał się rozpraszać, mieli jeszcze sprawę z żabami.
Szybko przekonał się, że słusznie kierował całą uwagę na to, co teraz robili. Pozornie nieszkodliwa, nawet ładna ławka szybko pokazała zęby w obliczu niebezpieczeństwa. Oczywiście, nie dosłownie. Dosłownie pokazała całą masę malutkich korzonko-nóżek, którymi poruszała szokująco szybko.
Widząc, że Florence rusza do działania, nie zawahał się ani chwili, żeby jak najszybciej odsunąć rękę od ławki. Nawet w grubych rękawicach, nie chciał trzymać palców w dziurze. I słusznie, bo ta w moment sama się załatała. Wydając złowieszcze dźwięki skrzypiących, pocieranych źdźbeł trawy, uzupełniła wycięte pole. No dobrze, zaczynało robić personalnie.
- To było bez eliksiru - poprawił Florence, rzucając spojrzenie w stronę jej i pojemnika, po czym zacisnął wargi. - Eliksir dopiero przed nami i jeśli chcesz się upewnić, to tak, nadal zamierzam go wypróbować, więc lepiej się odsuń - chciał wiedzieć, czy wykorzystali wszystkie inne alternatywy zanim przejdą do zaklęć. Liczył na to, że eliksir ich w tym wspomoże. Jedyne wątpliwości żywił wobec tego, że mogło go być stanowczo za mało. Po tym, co przed chwilą widzieli, nie zamierzał się patyczkować.
Nie patrząc na to, czy Florence postanowiła go posłuchać (była dorosłą kobietą), sięgnął po eliksir i gwałtownie z rozmachem wylał całą zawartość buteleczki na ławkę. Starał się rozlać go na jak największej połaci, żeby rośliny musiały zareagować w jednoczesnym momencie i nie mogły zacząć się regenerować.
Jednocześnie sam szybko odsunął się do tyłu, niemal wywracając się w półprzysiadzie na pośladki.
Trawa zadymiła, zaczęła gwałtownie się ruszać a powietrze przerwał dźwięk, który można było uznać za jednoczesny krzyk setek maleńkich listków. Był piskliwy, zawodzący, niewątpliwie przerażający.