- Ktoś chce nas otruć? - Po co inaczej miałby używać ziół. - Kurwa mać. - Mruknęła jeszcze pod nosem. Nie do końca była zadowolona, że nie udało jej się rzucić zaklęcia, musiała się rozproszyć.
Na całe szczęście Brennie udało się zrobić to zdecydowanie zgrabniej. Wokół twarzy Rudej pojawiła się magiczna bańka, która oddzielała ją od tego, co unosiło się w powietrzu, przy tym pozwalała oddychać. Kiwnęła Longbottom głową w podziękowaniu za to, że ochroniła ją od tym skażonym powietrzem. Dzięki temu nic już więcej jej nie omami.
Spoglądała na brygadzistę, który nie wyglądał najlepiej. Musiały go stąd zabrać, i znaleźć jego partnera. Znajdowały się w tym miejscu tylko we dwie. Musiały się rozdzielić, była tego pewna, chociaż zdecydowanie wolała do tego nie dopuszczać. Czasem jednak nie było innego wyjścia, to był właśnie ten moment.
- Dam radę, ale nie omieszkam mu wypomnieć kolejnego pączka, którego będzie miał zamiar zeżreć. - Przejęła ciężar mężczyzny na siebie. Musiała go stąd wyprowadzić na świeże powietrze, może dzięki temu jego objawy miną, liczyła na to. Wtedy będzie mogła wrócić do Brenny i jej pomóc.
Zatrzymała się jeszcze, gdy postawiła krok na schodach i odwróciła do swojej towarzyszki. - Uważaj na siebie Brenna, jak coś ci się stanie to cię zabiję. - Dodała z uśmiechem.
Mimo, że mężczyzna był zdecydowanie większy od Heather, to udawało jej się go utrzymać. Była silna, chociaż to drobne ciało mogło sprawiać wrażenie zupełnie inne. Ruda od lat jednak pracowała nad swoją kondycją.
Powoli posuwała się w dół, ciągnąc po schodach opartego o swoje ramię Roya.