Prowadzenie nieprzytomnego po schodach nie było wcale takim łatwym zadaniem. Wood była jednak dobrze wyćwiczona, nawet ją wleczenie bezwiednego ciała kosztowało sporo energii, ale w końcu wydostała się na zewnątrz. Położyła Roya najdelikatniej jak umiała na ziemi, nie chciała mu dołożyć do tego co przeżył dodatkowego guza na głowie.
Była zmęczona, czuła niemalże każdy mięsień swojego ciała, te schody były dosyć wysokie, a Roy jednak nieco ważył. Ocknął się jednak, albo majaczył. - Potwory. - Ruda powtórzyła po nim. Cóż, nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Brenna była w środku, ona na zewnątrz, a ten coś gadał o potworach. Ruda musiała wrócić do budynku, jak najszybciej. Pomóc Longbottom zlokalizować drugiego brygadziste i opuścić to przeklęte miejsce. Nie miała pojęcia, co się tu wydarzyło, ale wiedziała, że nic dobrego. Pożar pochłonął budynek, zapach ulatniał się dalej. Musieli gotować jakieś dziwne rzeczy. Dokładnie tak jak mówiła Brenna. Pewnie eliksir wybuchł i to co działo się teraz było nie do końca przewidzianym efektem. Ciekawe tylko, gdzie znajdują się sprawcy zamieszania.
Nie zamierzała jednak zostawić Roya bez żadnej ochrony. Spróbowała wyczarować wokół niego tarczę, która miała ochronić mężczyznę przed intruzami.
Sukces!
Sukces!
Później, czy jej się to udało, czy nie wbiegła do środka. Słyszała śmiech gdzieś za sobą, wreszcie postanowiła na niego zareagować. - Spierdalajcie, albo się kurwa pokażcie, nie boję się was. - Wykrzyczała w sumie w eter, bo nie miała pojęcia skąd dochodzą głosy.
- Brenna jesteś cała? - Miała w nosie to, że ktoś ją usłyszy, musiała się upewnić, że partnerka jest bezpieczna. Ruszyła znowu w górę schodów, bo tam widziała swoją towarzyszkę po raz ostatni.