07.09.2024, 01:12 ✶
Basilius spojrzał na nią nieco zaskoczony, bo czemu nagle na wszystkie wcielenia Matki zaczęła właśnie mówić o Włoszech? A potem zrozumiał i Brenna mogła zauważyć, że zazwyczaj blady Basilius, pobladł jeszcze bardziej.
– Włoska pechowa data. Mówiłaś o tym – mruknął, chowając twarz w dłoniach... No w dłoni bo w połowie przypomniał sobie, że tę drugą miał przecież sklejoną. Rzeczywiście teraz kojarzył tę rozmowę i pewnie w każdym innym okresie swojego życia szybciej połączyłby kropki. Ojciec czasami mówił mu, że przez swoją chorobę i towarzyszące jej zmęczenie na pewno będzie miał problem z zapamiętywaniem rzeczy w pracy i życiu, dlatego powinien wybrać mało intelektualny zawód. A tu proszę. To jednak jego śmierć była czynnikiem, który temu sprzyjał. Powoli przejechał dłonią po twarzy i spojrzał na swoją towarzyszkę.– Czyli co? Kolejna data, czy sami to sobie jednorazowo wykrakaliśmy?
Nie wiedział. Wszystko byli złośliwe. Może to nie była klątwą, a jakieś bóstwo? Może Brenna była tak naprawdę wcieleniem samego Lokiego, który płatał mu figle? Może oboje tak naprawdę od dawna nie żyli, a Limbo z jakiegoś powodu ich karało, bo w swoich życiach kopali sieroty po kostkach, czy coś takiego. A może... Sam nie wiedział.
Na jej propozycję jedynie ponownie ukrył twarz w jednej dłoni.
– Wiesz co Brenno? A co ty na to abyśmy zagrali w pokera? Jeśli ty wygrasz to możesz wymyślić nagrodę, jeśli ja wygram to zbierzesz cały zarekwirowany proszek Tatcherów, sypniesz mi nim całym w twarz na raz, a potem odstawisz na stałe do Lecznicy Dusz, dobrze? – Bo jeśli miały im dojść jeszcze piątki siedemnastego, to on miał już naprawdę dosyć. To znaczy... Nie miał. Wiedział, że przebrną i przez to, nawet jeśli z dużą dawką bólu głowy. Tak teraz po prostu gadał, bo sam nie wiedział co czuł i czego miał dosyć, a czego dosyć nie miał. Ale w sumie miło, że Brenna się nie załamywała, a zamiast tego proponowała mu wyjście. – Ale herbata też brzmi dobrze – wymamrotał, wciąż z zasłoniętą twarzą. – Możemy iść gdzie chcesz. Ale nie stawiaj.
Zawsze mogli też po prostu ukryć się w jego mieszkaniu, bo tam jego rodziny przecież nie było.
– Włoska pechowa data. Mówiłaś o tym – mruknął, chowając twarz w dłoniach... No w dłoni bo w połowie przypomniał sobie, że tę drugą miał przecież sklejoną. Rzeczywiście teraz kojarzył tę rozmowę i pewnie w każdym innym okresie swojego życia szybciej połączyłby kropki. Ojciec czasami mówił mu, że przez swoją chorobę i towarzyszące jej zmęczenie na pewno będzie miał problem z zapamiętywaniem rzeczy w pracy i życiu, dlatego powinien wybrać mało intelektualny zawód. A tu proszę. To jednak jego śmierć była czynnikiem, który temu sprzyjał. Powoli przejechał dłonią po twarzy i spojrzał na swoją towarzyszkę.– Czyli co? Kolejna data, czy sami to sobie jednorazowo wykrakaliśmy?
Nie wiedział. Wszystko byli złośliwe. Może to nie była klątwą, a jakieś bóstwo? Może Brenna była tak naprawdę wcieleniem samego Lokiego, który płatał mu figle? Może oboje tak naprawdę od dawna nie żyli, a Limbo z jakiegoś powodu ich karało, bo w swoich życiach kopali sieroty po kostkach, czy coś takiego. A może... Sam nie wiedział.
Na jej propozycję jedynie ponownie ukrył twarz w jednej dłoni.
– Wiesz co Brenno? A co ty na to abyśmy zagrali w pokera? Jeśli ty wygrasz to możesz wymyślić nagrodę, jeśli ja wygram to zbierzesz cały zarekwirowany proszek Tatcherów, sypniesz mi nim całym w twarz na raz, a potem odstawisz na stałe do Lecznicy Dusz, dobrze? – Bo jeśli miały im dojść jeszcze piątki siedemnastego, to on miał już naprawdę dosyć. To znaczy... Nie miał. Wiedział, że przebrną i przez to, nawet jeśli z dużą dawką bólu głowy. Tak teraz po prostu gadał, bo sam nie wiedział co czuł i czego miał dosyć, a czego dosyć nie miał. Ale w sumie miło, że Brenna się nie załamywała, a zamiast tego proponowała mu wyjście. – Ale herbata też brzmi dobrze – wymamrotał, wciąż z zasłoniętą twarzą. – Możemy iść gdzie chcesz. Ale nie stawiaj.
Zawsze mogli też po prostu ukryć się w jego mieszkaniu, bo tam jego rodziny przecież nie było.