07.09.2024, 16:49 ✶
Cios w jego stronę padł znienacka. Nie mógł się go spodziewać, bo nie wydawało mu się, żeby powiedział coś nie tak. Niestety jego psychika wisiała obecnie na włosku. I cios w twarz widocznie urwał tę nitkę, bo Icarus poczuł narastającą w sobie wściekłość. Najpierw oczywiście musiał odzyskać równowagę, bo uderzenie trochę nim wstrząsnęło. Wiedział, że wróci do domu z posiniaczoną twarzą jak jakiś bandyta. A był historykiem, do jasnej cholery!
– Co jest kurwa z tobą nie tak?! – wykrzyknął, trzymając się za obolały policzek. – Starałem się okazywać wdzięczność, ale chyba wolałbym, żebyś zostawiła mnie tej jebanej syrenie. Wtedy przynajmniej nie musiałbym mieć do czynienia z tobą, ty... ty wariatko!
Miał już dosyć. Ten dzień nie mógł być jeszcze bardziej zwalony. Nie rozumiał, czemu mu się to wszystko działo. Czy bogowie naprawdę go nienawidzili? A może śmiali się z niego i tego, jak żałośnie sobie w życiu radził? A sytuacja była tak chora, że nawet umknęło mu, że nazwała go ładnym. Normalnie miał na tyle wysokie ego, by zwracać na takie rzeczy uwagę.
– Czy nie wystarczy, że mój ojciec nie żyje? Trzeba mnie karać jeszcze bardziej? Ale jasne, musiałem z rąk nieludzkiej bestii wpaść w ręce kobiety, która uciekła z zamkniętego oddziału w Mungu! – pomimo oszczerstw, które rzucał w jej stronę, głos mu się zaczął łamać, gdy wspomniał o ojcu. Wtedy właśnie furię zastąpiło coś innego. To, co skłoniło go, by skoczyć do wody. Żeby przestać walczyć.– Proszę bardzo. Pobij mnie bardziej. Wyżyj się. I tak już nic ze mnie nie zostało.
Stanął przed nią i rozłożył ręce. Spodziewał się gradu ciosów, odepchnięcia na piach. Mimo wszystko fizyczny ból był w jakimś stopniu oczyszczający. Zagłuszał to, co działo się w jego głowie. To, co mogłoby świadczyć o tym, że raczej on zasługiwał na terapię w Mungu.
– Co jest kurwa z tobą nie tak?! – wykrzyknął, trzymając się za obolały policzek. – Starałem się okazywać wdzięczność, ale chyba wolałbym, żebyś zostawiła mnie tej jebanej syrenie. Wtedy przynajmniej nie musiałbym mieć do czynienia z tobą, ty... ty wariatko!
Miał już dosyć. Ten dzień nie mógł być jeszcze bardziej zwalony. Nie rozumiał, czemu mu się to wszystko działo. Czy bogowie naprawdę go nienawidzili? A może śmiali się z niego i tego, jak żałośnie sobie w życiu radził? A sytuacja była tak chora, że nawet umknęło mu, że nazwała go ładnym. Normalnie miał na tyle wysokie ego, by zwracać na takie rzeczy uwagę.
– Czy nie wystarczy, że mój ojciec nie żyje? Trzeba mnie karać jeszcze bardziej? Ale jasne, musiałem z rąk nieludzkiej bestii wpaść w ręce kobiety, która uciekła z zamkniętego oddziału w Mungu! – pomimo oszczerstw, które rzucał w jej stronę, głos mu się zaczął łamać, gdy wspomniał o ojcu. Wtedy właśnie furię zastąpiło coś innego. To, co skłoniło go, by skoczyć do wody. Żeby przestać walczyć.– Proszę bardzo. Pobij mnie bardziej. Wyżyj się. I tak już nic ze mnie nie zostało.
Stanął przed nią i rozłożył ręce. Spodziewał się gradu ciosów, odepchnięcia na piach. Mimo wszystko fizyczny ból był w jakimś stopniu oczyszczający. Zagłuszał to, co działo się w jego głowie. To, co mogłoby świadczyć o tym, że raczej on zasługiwał na terapię w Mungu.