07.09.2024, 17:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2025, 13:53 przez Ambrosia McKinnon.)
Nic nie kosztowała jej ta odrobina szczerości, bo w gruncie rzeczy tak, Ambrosia była w tym momencie całkiem szczera w swoich obietnicach na temat herbaty. Bo to była właśnie tylko tylko herbata. Drobny, niewiele znaczący gest, nad którym nie zastanawiała się przesadnie, a taka sympatyczna drobnostka na pewno nikomu nie zaszkodzi. Szczególnie, że przecież pani Dolohov leczyła jej matkę.
Rosie całkiem sprawnie posługiwała się tymi wszystkimi fałszywymi uśmiechami, miłymi słówkami i grą pozorów. Nawet do tego poziomu, że zgrabnie oszukiwała samą siebie bez mrugnięcia okiem, ale im starsza się robiła tym bardziej wydawało się ją męczyć granie dla innych osób. Nie nadawała się do socjety, bo nawet jeśli była w stanie wejść do towarzystwa z ładnym uśmiechem, to szybko była w stanie pokazać jak absurdalnie nie jest zainteresowana niektórymi interakcjami albo jak łatwo wytrącić ją z równowagi.
- Człowiek czasem niestety robi się leniwy i nierozsądny, ale wszystko można jeszcze naprawić - uśmiechnęła się lekko znad swojej filiżanki herbaty, upijając parę łyków. - Najważniejsze, żeby stanowić w tym wspólny front, szczególnie rodziną, prawda? Louvain też wydaje się oddany tym ideom, więc domyślam się że jest ci łatwiej, wiedząc że masz w kimś takim oparcie - chociaż ona najchętniej panicza Lestrange udusiłaby gołymi rękoma, gdyby tylko mogła. Ale jednocześnie dostrzegała w mężczyźnie te wszystkie drobne znaki, które pozwalały go jakoś uplasować jako osobę oddaną sprawie. I akurat to była w stanie docenić - jego oddanie i dzielenie przekonań z resztą rodziny, bo jeśli było coś co faktycznie do niej docierało to właśnie rodzinne więzy.
Niemniej jednak, jakkolwiek herbata nie byłaby dobra, a rozmowa nawet przyjemna, wreszcie wybiła godzina, gdy obie kobiety zmuszone były wrócić do swoich obowiązków. Annaleigh do czekających klientów, a Ambrosia do domu, by przekazać odebrane fiolki z eliksirami. Pożegnała się więc z panią doktor i ruszyła w drogę powrotną.
Rosie całkiem sprawnie posługiwała się tymi wszystkimi fałszywymi uśmiechami, miłymi słówkami i grą pozorów. Nawet do tego poziomu, że zgrabnie oszukiwała samą siebie bez mrugnięcia okiem, ale im starsza się robiła tym bardziej wydawało się ją męczyć granie dla innych osób. Nie nadawała się do socjety, bo nawet jeśli była w stanie wejść do towarzystwa z ładnym uśmiechem, to szybko była w stanie pokazać jak absurdalnie nie jest zainteresowana niektórymi interakcjami albo jak łatwo wytrącić ją z równowagi.
- Człowiek czasem niestety robi się leniwy i nierozsądny, ale wszystko można jeszcze naprawić - uśmiechnęła się lekko znad swojej filiżanki herbaty, upijając parę łyków. - Najważniejsze, żeby stanowić w tym wspólny front, szczególnie rodziną, prawda? Louvain też wydaje się oddany tym ideom, więc domyślam się że jest ci łatwiej, wiedząc że masz w kimś takim oparcie - chociaż ona najchętniej panicza Lestrange udusiłaby gołymi rękoma, gdyby tylko mogła. Ale jednocześnie dostrzegała w mężczyźnie te wszystkie drobne znaki, które pozwalały go jakoś uplasować jako osobę oddaną sprawie. I akurat to była w stanie docenić - jego oddanie i dzielenie przekonań z resztą rodziny, bo jeśli było coś co faktycznie do niej docierało to właśnie rodzinne więzy.
Niemniej jednak, jakkolwiek herbata nie byłaby dobra, a rozmowa nawet przyjemna, wreszcie wybiła godzina, gdy obie kobiety zmuszone były wrócić do swoich obowiązków. Annaleigh do czekających klientów, a Ambrosia do domu, by przekazać odebrane fiolki z eliksirami. Pożegnała się więc z panią doktor i ruszyła w drogę powrotną.
Koniec sesji