Tak jak Laurent mógł przy Victorii być sobą, nie być tym paniczem z salonów i tak dalej, tak samo działało to w drugą stronę – bo Victoria też mogła być tą wcale nie sztywną i chłodną, jakże poważną sobą.
Dom letniskowy to był już znacznie lepszy pomysł, ale chyba nie taki był cel tego wszystkiego, żeby go teleportować ze sobą X razy z domu do Anglii i z powrotem, bo sam nie mógł – nawet jeśli mogła być rycerką na czarnym kocie (a to miało znacznie więcej znaczeń, niż się początkowo wydawało).
– Okej, to nawet nie tak źle. Kupiłeś już działkę? – szybko działał, bo rozmawiali o tym ile… miesiąc temu? Chyba miesiąc. Powoli wszystko zlewało się w głowie Victorii i trudno jej było określić dokładny czas wielu rzeczy, zbyt wiele działo się w jej życiu, czas niebezpiecznie przyspieszył i jednocześnie płynął bardzo wolno.
Victoria spojrzała na Laurenta wymownie, unosząc jedną brew wyżej.
– Wiesz, że łączenie biznesów i prywatnych relacji, zwłaszcza tak napiętych – bo musiało być napięte, tak przynajmniej pozbierała z tego, co jej opowiedział w tych kilku ochłapach – to przepis na katastrofę i poranione serce? Zwłaszcza gdy tnie się w twoim domu i przez to tym bardziej chcesz go zmienić, a on ci mówi, że ma kogoś, z kim żyje i do kogo zawsze wróci. To się aż prosi o wyjątkowo nieprzyjemne zakończenie – dokończyła i spojrzała na Laurenta miękko, bo mimo tego, co mówiła, bardzo się o niego martwiła. Pomimo tych wszystkich rzeczy, które działy się ostatnio w jego życiu, on dalej pakował się w jakieś dziwaczne, toksyczne relacje. Victoria nie potrafiła do końca zrozumieć, dlaczego Laurent to sobie robił. Zgoda, serce nie sługa, ale… Za szybko i za dużo rzeczy działo się w zbyt krótkim czasie, dlatego nie potrafiła tego objąć. Choć może też dlatego, że Laurent nie chciał jej mówić rzeczy, nie chciał się tym dzielić, więc trudno było jej to wszystko umieścić w jakiejś czasoprzestrzeni i odpowiedniej chronologii. Ale i tak… chyba nieźle radziła sobie z łączeniem kropek z tych szczątków, które jej rzucał. – A chcesz w ogóle pić? – zapytała może nieco sceptycznie, bo to w ogóle było koronne pytanie: czy chce jej o tym w ogóle mówić. Ale naprawdę potrzebował do tego alkoholu? I czy w ogóle chciał się napić? Po tym, jak wpadł tutaj niezapowiedziany, szukając miejsca, gdzie może spędzić noc, bo za nic nie chciał zostać w swoim domu. Na Matkę… To układało się w tak strasznie popieprzoną historię, że Victoria wyciągnęła do Laurenta dłoń, by złapać jego palce, chcąc mu dodać otuchy. Nie chciał, to nie musiał jej mówić. Ona też wszystkiego nie mówiła, choćby dlatego, ze zwyczajnie nie mogła. Ale wydawało jej się, ze alkohol dzisiaj to nie był zbyt dobry pomysł w stanie Laurenta.
Uśmiechnęła się blado, gdy Laurent już jej nie odpowiedział i skupiła się na robieniu laleczki, lecz chyba nie w pełni, bo myśli uciekały jej do różnych innych rzeczy, głównie do Laurenta i tajemniczego architekta-psychola, do Sauriela i dziwnej relacji z nim, której nie potrafiła nawet nazwać, do Luny, która była zainteresowana sznureczkami, kolbami, łupinami, łodygami pszenicy i tak dalej, do chleba, który mieli skończyć… Nic dziwnego, że po chwili laleczka się jej rozwaliła i Victoria westchnęła i jęknęła, ale jej mina wskazywała na to, że nie podda się bez walki, i lekkie warkniecie, które wydobyło się z jej gardła, też to mówiło wszem i wobec. Spróbowała więc jeszcze raz, zerkając spod oka na to, jak idzie Laurentowi – a szło mu o niebo lepiej od niej, ale Victoria nigdy nie była uzdolniona manualnie. Ale mieli sporo czasu, nim drożdże urosną na tyle, by można je było ostatecznie uformować w pożądany kształt i wstawić do pieca.
Rzemiosło
Sukces!
Sukces!
Sukces!