Oh, z całą pewnością Nokturn był pełen wszelkiego rodzaju intrygujących osób, o ile ktoś uznawał przestępców za "intrygujących". Ale nie należało tej części magicznego świata robić aż tak złego wizerunku - w końcu Nokturn to nie tylko przestępcy, prawda? Nokturn to również wszelkiego rodzaju dziwacy, odszczepieńcy, ludzie którzy nie odnajdowali się w normalnym społeczeństwie, a im dalej w ekscentryzm, tym głębiej w Nokturn. Tym niżej w Nokturn, z którego niektórzy nawet nie wyściubiali nosa. Niektórzy nawet zapominali jak wygląda słońce, znajdując się głównie pod powierzchnią.
Esmé podczas ich drobnego śledztwa kierował się do zdecydowanie specyficznych person, ale ciężko było stwierdzić kto był przestępcą, kto dziwakiem, a kto zupełnym odszczepieńcem lub nawet swoistego rodzaju wygnańcem. Mężczyzna zasiadający na taborecie pośród pustej uliczki? Wariat czy może strażnik ukrytego wejścia? A ta kobieta wplatająca pióra w swe warkocze? Dlaczego miała cały lokal, którego nie dało się określić jako... cokolwiek. Ni sklep, ni herbaciarnia, ni mieszkanie. Ale zdecydowanie graciarnia. Dla niektórych szaleństwo było jedynie maską, by ukryć coś zdecydowanie bardziej obrzydliwego. Wszystkich tych ludzi łączyła ta ulica i to, że nie wspominali nic a nic o swoich zajęciach, o tym dlaczego tutaj byli. Nic, za co dałoby się ich złapać za rękę. Czy kaletnik wiedział czym się parali? Czemu wylądowali tutaj? Nie zawsze. Nokturn rzadko doceniał jego talent do rzemiosła, a szczególnie kaletnictwa. Potrafiliby obojętnie przejść obok prawdziwych mistrzów w swoim fachu, ale... Rowle ceniony był przede wszystkim za dyskrecję. Za brak zbędnych pytań, a w razie komplikacji - niezwykłe zręczne posługiwanie się językiem w kontaktach z władzą. Wszystko dopięte w taki sposób, by ostatecznie całą relację sprowadzić do klienta i wykonawcy. I tyle. Ciężko było kłócić się z rzemieślnikiem, który nie dość, że naprawdę miał gdzieś do czego się przyczynia - tak długo jak miał robotę, to jeszcze kłamał jak z nut. Cóż za hipokryzja - w końcu ubóstwiał Prawdę. Nikt nie mówił, że nie był hipokrytą. Jego wady nie leżały tylko w cechach, które dało się z przymrużeniem oka uznać za dobre czy nawet ciekawe. Nonszalancja może i byłą wadą, ale dodawała mu swoistego czaru. Hipokryzja? Nie dodawała mu niczego dobrego.
Specyficzne były również historie o Thoranie. Każda opowiadała inną sytuację, zupełnie oderwaną od poprzednich i następnych. Jakby każdy z mieszkańców Nokturnu miał swojego własnego Thorana, który wiódł osobne życie od innych jego wersji. Czasami mężczyzna ten powinien być w poważnych kłopotach, a jednak jego uczynki i przewinienia zdawały się nie mieć wpływu na niego i nie nosiły daleko idących konsekwencji. Ani razu historia jednego człowieka o Thoranie wiązała się z historią drugiego, nie nawiązywały do siebie, nie zgrywały się w całość, nie dało się ich nawet ze sobą skojarzyć. Niektórzy mieli kłopoty przez Thorana, niektórzy po prostu go widzieli podczas mniej lub bardziej specyficznych wydarzeń, niektórzy ot rozmawiali z nim. Wydawał się na swój sposób lokalnym celebrytą - w końcu każdy zapytany o niego coś tam opowiadał, o ile był w ogóle skłonny do opowiadania. A jednak nikt nie kojarzył go z Geraldine, domyślając się z góry, że to chodzi właśnie o niego. Wiele dało się powiedzieć o mieszkańcach Nokturnu, ale należeli do bardzo sprytnej, spostrzegawczej części społeczeństwa, która wiecznie próbowała znajdować się o dwa kroki przed... kimkolwiek. Bo każda sytuacja mogła być przecież okazją.
- Z ich ust to byłby komplement. - rzucił nieco rozbawiony Esmé, uśmiechając się pod nosem. Przyglądał się Ger, przechylając głowę na bok, mrużąc przy tym lekko oczy. - Nie wiem czy chciałabyś się wpisywać w tutejszą definicję normalności. - nie miał pojęcia dlaczego mieliby tak pomyśleć skoro to Rowle gadał i prowadził dialog w taki sposób, by nie zdradzić najmniejszego szczegółu na temat problemu Geraldine, ani tego kim był Thoran naprawdę. Czasami wymagało to sporej gimnastyki umysłowej, szczególnie łącząc poprzednie uzasadnienia z kolejnymi, by nie ułatwić komukolwiek przyłapania go na kłamstwie, gdyby skonfrontowali ze sobą jego wymówki. Nie chodziło mu, by zupełnie oszukać wszystkich, a zwyczajnie okłamać ich najwyżej na tyle długo, by Ger do tego czasu zdążyła uporać się z potworem.Pokiwał głową, wypuszczając z płuc dym. Tak, był prawie pewien swej tezy, ale... to wciąż była tylko teza. Coś, w co głęboko wierzył, a raczej - wydawało mu się to wszystko logiczne, mające sens, chociaż nie potrafił wytłumaczyć jak to wszystko działało. Domyślał się tylko jak do tego dochodziło, lecz mechanizm samego tworzenia fałszywych wspomnień był dla niego czarną magią. A czarnej magii nie znał wcale.
- No właśnie, tezy. - mruknął półgłosem, wpatrzony ślepo gdzieś w dal, ale w końcu wracający stopniowo do siebie, by kontynuować palenie papierosa. - Tezy nie mogę być pewien, ale mogę być nią przekonany. - obrócił w bok głowę, zaglądając kątem oka do swojej pracowni, upewniając się, że Beksa w jakiś cudowny sposób nie spalił jej podczas nieobecności właściciela. Często zostawał zamknięty właśnie w ten sposób w klatce, gdy Esmé opuszczał swoje małe "królestwo" i, jak dotychczas, żaden pożar nie wybuchł. Żaden poważny. Nie przepadał za pozbawianiem swego Smoczoognika wolności, ale tak po prostu musiało być. Może gdyby był wybitnym treserem magicznych istot, tak jak Laurent, to mogłoby to wyglądać inaczej, lecz niestety - nie był. I nie znał się za bardzo na Smoczoognikach. Ani na żadnych magicznych zwierzętach. - I jestem przekonany, że mam rację. - wrócił spojrzeniem do zasiadającej obok niego Geraldine. Co znaczyło jego przekonanie? Cóż, nic. To że Esmé był przekonany swojej racji nijak miało się wobec rzeczywistości. Nie zmieniało faktów, które wciąż pozostawały tajemnicą do rozwikłania. Nie raz i nie dwa był w podobnej pozycji, by później okazało się, że zwyczajnie się mylił. Komu jak komu, ale jemu to nie podcinało skrzydeł. Z taką samą pewnością siebie potrafił mylić się raz za razem, nie przejmując się poprzednimi porażkami. Bo nie zawsze je odnosił. Dlaczego miałby nie ufać samemu sobie? Dlaczego miałby przestawać wierzyć we własną inteligencję? Jasne, nie zawsze miewał rację, ale kto miewał ją zawsze? Tylko kłamca.Wzruszył ramionami w odpowiedzi na pytanie łowczyni. Nie znał się na Smoczoognikach, a na Doppelgangerach tym bardziej. Może jakby hodował jednego w swojej pracowni, może jakby nazwał go Beksa i trzymał co jakiś czas w klatce, to mógłby o nim powiedzieć więcej, ale stety lub nie - tak nie było. Nie miał pojęcia jak w ogóle działa mechanizm fałszowania wspomnień, ale wiedział, że o Thoranie tak naprawdę-naprawdę przypomniał sobie dopiero, gdy Geraldine o niego zapytała. A później widział, jak inni przypominają sobie o tym nieszczęśniku, gdy zostają zapytani przez Esmé. Najlepszym sprawdzeniem tej teorii byłoby poproszenie takiej osoby, która przez kaletnika przypomniała sobie o bracie Ger, by zapytała kolejną osobę o Thorana, może nawet uprzednio upewniając się, że kojarzy lub nie samego brata łowczyni. I to nie tego wampirzego. Wystarczyłoby zapytać, czy jest w stanie wymienić rodzeństwo Geraldine, a gdyby zabrakło Thorana, to wtedy zapytać o niego. I zobaczyć rezultaty. Niestety, to wymagało zbyt wielkiej pomocy od mieszkańców Nokturnu, którzy na pewno zaraz skojarzyliby co mogło się dziać i... cóż, wykorzystać to przeciwko samej Ger. Rzemieślnik był przekonany, że niektórzy mogliby nawet spróbować pomóc samemu Doppelgangerowi, gdyby zobaczyli w tym jakiegoś rodzaju zysk. Inna sprawa, że nic na Nokturnie nie było za darmo.
- Dobre pytanie. - rzucił, spoglądając w niebo. - To zbyt specyficzny rodzaj wiedzy, bym mógł pomóc. - odparł szczerze, bo o ile wierzył w swoje zdolności dedukcyjne, o ile wierzył w swoją logikę, tak nie potrafił wierzyć w swoją wiedzę, bo... zwyczajnie jej nie posiadał. Nie na takie tematy. Dedukcja polegała na łączeniu faktów i wyobraźni, a tutaj potrzeba było konkretów. Twardej nauki. - Możliwe że jestem najbardziej mugolskim czystokrwistym, jakiego przyszło ci spotkać. - i chociaż jego mina nie zmieniła się, pozostając beznamiętną, tak oczy zwęziły się, jakby uśmiechał się. Magia nie była mu najbliższa, nie towarzyszyła mu na co dzień w takim stopniu, jak innym. Właściwie, gdyby pozbawiony jej, to... nie ubolewałby nad tym bardzo. Jego życie nie zmieniłoby się drastycznie, bo z magii i wiedzy magicznej korzystał bardzo rzadko. No, może oprócz wiedzy na temat magicznych materiałów, ale to przychodziło i bez nauki w Hogwarcie - więcej, znacznie, znacznie więcej nauczył się metodą prób i błędów. Ot, po prostu pracując z danym materiałem, a nie ucząc się o nim.- Mogę jedynie zgadywać w jaki sposób to działa, ale to niczym poparte teorie. Potraktuj to jak bajki, mające tłumaczyć mechanizm działania tej mocy. - opuścił głowę, zaciągając się porządnie dymem. Dał sobie chwilę na pomyślenie, wpatrując się w coś na ulicy, przeskakując czasem wzrokiem z jednego miejsca na drugie, chociaż wydawało się, że wcale nie patrzy na cokolwiek konkretnego. Jego spojrzenie podążało za rzeczami, które widział tylko on oczyma swej wyobraźni.
- Jeżeli miałbym wymyślić przekonujące kłamstwo na ten temat, to najpewniej skorzystałbym z tematu klątwy. Bardzo specyficznej klątwy, która tworzy fałszywe wspomnienia u osoby, na którą jest rzucona, a rzucana jest przez słowo "Thoran". Niestety, nie wpadłem na to tak szybko, by przetestować to podczas naszego spaceru. - i znów zaczął milczeć, powoli dopalając papierosa, którego w końcu wyrzucił przed siebie, na ulicę. - I to chyba byłoby na tyle. Ewentualnie, ale to bardzo naciągana bajeczka, wspominałbym o chorobie, magicznej chorobie, której efektem jest wypełnienie wspomnień fałszywymi historiami o Thoranie. Rozprzestrzenia się poprzez wspominanie o niej samej, a więc o Thoranie. Oczywiście to nie ma sensu - Doppelganger musiałby zaprojektować taką chorobę, by wspomnienia były tylko o nim, o jego fałszywej personie. - nic więcej nawet nie przychodziło kaletnikowi do głowy. Nic, co miałoby jakiekolwiek ręce i nogi, by móc przekonać kogokolwiek powyżej piątego roku życia. Bo w inne bajeczki tylko dziecko by uwierzyło. Nawet ta z klątwą była... bardzo specyficzna, ciężka by w nią uwierzyć, ale wciąż mająca najwięcej sensu. Tym bardziej przekonująca, im mniej ktoś wiedział o klątwach, a Esmé, cóż, wiedział o nich niewiele. Ale dlaczego Rowle mówił o kłamstwach? Bo niewiele się to różniło od bazowania na wiedzy. Jeżeli posiadał jej niewiele, to musiał ubarwić, wymyślając elementy, które są najbliżej prawdy. Zatem, w tworzeniu kłamstwa musiał być tuż obok prawdy, by pozostało ono wiarygodne. Tylko w ten sposób mógł jakkolwiek spróbować pomóc Ger, gdy zwyczajnie brakowało mu odpowiedniego wyedukowania i wiedzy.
Odepchnął się tyłkiem od murku, wyciągając z kieszeni klucze do swojej pracowni. Podszedł do drzwi, które zaczął otwierać, a kto bardziej spostrzegawczy dostrzegłby, że w tym samym momencie klatka Beksy zaczęła się poruszać bardziej i bardziej. Stworzonko musiało rozpoznawać odgłos wracającego rzemieślnika, a tym samym domyślać się, że czas fałszywej wolności jest już blisko.
- Wejdziesz? - zapytał, rzucając spojrzeniem na Geraldine, lecz nie czekał na odpowiedź, by zaraz spełnić oczekiwania Smoczoognika. Jaszczurka została szybko uwolniona, ponownie niczym w szale krążąc po pracowni, przelatując milimetry obok kaletnika, starając się zwrócić na siebie jak najwięcej uwagi. Drzwi pozostały otwarte, wskazując łowczyni, że jak najbardziej jest mile widziana wewnątrz, ale Rowle nie chciał naciskać. Wiedział doskonale, że aktualnie umysł Geraldine jest zajęty innymi rzeczami, wiedział że ta może rwać się do pozbycia się Doppelgangera i nie zamierza tracić cennego czasu na prowadzące do niczego rozmowy z Esmé. Szczególnie że moment pocieszania i wspierania się mieli już za sobą.- Myślisz że wypadliśmy na uroczą parę? - zapytał, nie uśmiechając się, lecz z uczuciem gładząc grzbiet Beksy, który wylądował mu na piersi, łapiąc się jego ubrań swoimi miniaturowymi szponami. Jeżeli trzeba było, bo Geraldine postanowiła zostać na zewnątrz, to podniósł nawet głos, by na pewno go usłyszała, a następnie wyszedłby do niej znów przed pracownie. Jeżeli jednak weszła, to zwyczajnie podszedł bliżej niej. Był to oczywiście prosty żart, bo trochę Nokturnu przemierzyli pod ramię, niczym małżeństwo lub, po prostu, para.