Pytania, wątpliwości, pustka zaciskająca się na sercu bezwzględnym lodem... To wszystko zostawało bez odpowiedzi innej niż złowieszczy poszum drzew. Minęła chwila, nim zauważył jak spośród pogiętych łodyg zdobnych w liczne kolce wypełzła gęsta, mlecznobiała mgła.
Półprzezroczysta, niematerialna tkanka otaczała go podnosząc się coraz wyżej, jakby była lodowatą wodą niespiesznie zatapiającą jego istnienie w marazmie i odrętwieniu.
I wtedy poczuł to, od kostek, pod nogawką spodni - palce sunące ku górze, pieszczące każdy fragment skóry, której same były pozbawione. Nie dziesięć, a setka, mglisty opuszek za opuszkiem. Wrażenie wszechobecnego dotyku zabierało resztki oddechu, pozbawiało głowę myśli, a ciało wrażenia pozostawiania w pionie. Już nie palce, a dłonie, miękkie, kojące chłodem, układały pośród miękkich pościeli, a brak materii stał się materią, tulącą do piersi w której nie biło już od dawna serce.
Gdy Jonathan otworzył oczy, bez trudu znosił dyskomfort chłodu. Mężczyzna przytulał go do siebie, otaczając go ciasno ramionami okrytymi miękkim kaszmirowym swetrem, by nie wymrozić nazbyt śmiertelnego ciała. Jego palce delikatnie masowały głowę, mierzwiąc czarne kosmyki Selwyna.
–Ciiiii moje słodkie serce, już cichutko... to tylko sen. Tylko zły sen. – szeptał czule. W pokoju było ciemno, ale przestrzeń pachniała znajomo... Londynem.
Półprzezroczysta, niematerialna tkanka otaczała go podnosząc się coraz wyżej, jakby była lodowatą wodą niespiesznie zatapiającą jego istnienie w marazmie i odrętwieniu.
I wtedy poczuł to, od kostek, pod nogawką spodni - palce sunące ku górze, pieszczące każdy fragment skóry, której same były pozbawione. Nie dziesięć, a setka, mglisty opuszek za opuszkiem. Wrażenie wszechobecnego dotyku zabierało resztki oddechu, pozbawiało głowę myśli, a ciało wrażenia pozostawiania w pionie. Już nie palce, a dłonie, miękkie, kojące chłodem, układały pośród miękkich pościeli, a brak materii stał się materią, tulącą do piersi w której nie biło już od dawna serce.
Gdy Jonathan otworzył oczy, bez trudu znosił dyskomfort chłodu. Mężczyzna przytulał go do siebie, otaczając go ciasno ramionami okrytymi miękkim kaszmirowym swetrem, by nie wymrozić nazbyt śmiertelnego ciała. Jego palce delikatnie masowały głowę, mierzwiąc czarne kosmyki Selwyna.
–Ciiiii moje słodkie serce, już cichutko... to tylko sen. Tylko zły sen. – szeptał czule. W pokoju było ciemno, ale przestrzeń pachniała znajomo... Londynem.