08.09.2024, 12:38 ✶
W gruncie rzeczy zgadzał się z Florence, choć czasami zarzekał się, że mogliby dać selekcji naturalnej pole do popisu. Lubił od czasu do czasu dać ujście narzekaniom na nieudolność młodych i na to, że niepilnowani najpewniej zrobiliby sobie jakąś krzywdę. Jedni mniej spektakularną, inni bardziej. Mieli paru takich międzyoddziałowych gagatków, którzy konkurowali o tytuł najbardziej nieudolnego przyszłego uzdrowiciela. Ambroise mógłby wymienić paru z marszu, wzdychając ciężko za każdym razem, gdy o nich pomyślał. Mimo to nie chciał ich krzywdy. Nie chodziło już nawet o tonę papierkowej roboty. Mieliby kontrolę z Ministerstwa, dochodzenie na dużą skalę, popisowe nagłówki w gazetach, próby tuszowania całej sytuacji w obawie o (jeszcze teraz poprawiającą się) renomę Munga. Musieliby wypłacać odszkodowania, na które nie było stać szpitala. Zmierzyć się z rodzinami w żałobie. I tak dalej, i tak dalej. A to wszystko tylko dlatego, że ktoś nie myślał zbyt jasno.
Niezbyt światłych delikwentów należało odsiewać w inny sposób, aby na własnych nogach szli robić bałagan gdzieś indziej. Co najgorsze, raz na jakiś czas słyszał o czarodziejach, którzy po wyrzuceniu ze stażu otwierali własną prywatną praktykę na granicy legalności. Nie nabywali wszystkich uzdrowicielskich uprawnień, ale działali w niekontrolowanej szarej strefie. Byli wytwórcami eliksirów lub aptekarzami, którzy nie kończyli działalności na sprzedaży substancji tylko oferowali dalsze etapy leczenia. To było naprawdę przerażające, ale niewiele dało się poradzić. Na nieszczęście, bo później jego oddział miał wyjątkowo dużo pracy nad zatrutymi przypadkami a ewentualny zgon pacjentów był przypisywany Mungowi. To oni nie pomogli, nie tamten otruł. Ministerstwo z pewnego powodu coraz bardziej niechętnie brało się za takie mało spektakularne sprawy. Przychodziło do rzemieślnika-uzdrowiciela z kontrolą, która była do przewidzenia, a następnie wychodziła po serii mało ambitnych pytań. Dochodzenie zamknięte.
Wiedząc ile krzywdy to mogło narobić, pozwolenie selekcji naturalnej na działanie przestawało być takie głupie. Jasne. Ambroise nikomu nie życzył bardzo źle. Natomiast walka o życie przypadków skrzywdzonych przez ludzi, którzy powinni ich leczyć była znacznie trudniejsza fizycznie i mentalnie. Wyrzucenie stażystów ze stażu (choć nieczęste) powinno wiązać się z końcem ich praktyki medycznej. Jeśli tamci nie byli skłonni tego zaakceptować, może powinni skorzystać z okazji, przenieść Florence gdzieś indziej, zachować pnącza w nienaruszonym stanie i rzucać odrzutki na pożarcie zaklątwionym hybrydom roślin. Tak tylko luźno proponował, ale nie wypowiadał tego na głos.
- W przeciwieństwie do nich, my myślimy i monitorujemy bieżącą sytuację - powiedział zamiast tego. - Odpuścimy, jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie i poczekamy na wsparcie z Ministerstwa. Choć mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni - wolał unikać dodatkowej papierkowej roboty.
Na ich nieszczęście szybko okazało się, że to nie było możliwe. Nie mieli obejść się bez udziału przedstawicieli prawa. Sytuacja była zbyt poważna i za mocno ziała ingerencją bardzo ciemnej strony magii. Klątwy na ogół nie były zbyt łagodne i zahaczały o mroczniejsze dziedziny czarów, ale zachowania roślin i dźwięki wydawane przez nie, gdy zdychały świadczyły o jednym. Musieli podjąć wszelkie środki ostrożności i skontaktować się z odpowiednimi służbami. Ambroise ochoczo pozostawił to Florence, samemu udając się do składziku w poszukiwaniu zaginionych substancji do dalszej walki z pnączami. Miał na to piętnaście minut, które sam sobie dał i nie zamierzał się spóźnić.
Znalazł tylko jedną dodatkową fiolkę. Częściowo pustą i zakurzoną, a więc niemalże bezużyteczną. Wzdychając ciężko, pogodził się z powrotem do pierwotnego planu. Zanim wrócił na piętro, zaczepił jakiegoś mugolaka z bojowym zadaniem, wysyłając go w świat w poszukiwaniu zastępczych środków, które przy odrobinie szczęścia mogli wzmocnić posiadanymi eliksirami. Następnie wrócił na miejsce spotkania, wymieniając spostrzeżenia z Bulstrode i czekając na przybycie wezwanych przez nich ludzi. Wpadli do szpitala niemal w tym samym czasie. Teraz należało zaangażować wszystkie siły, aby skutecznie pozbyć się efektów klątwy.
Tak, zrobili to z pomocą wsparcia i dziwnych, nietypowych, ale efektywnych magiczno-mugolskich eksperymentów (tym razem był jeszcze bardziej uparty), ale cała sprawa wcale się nie skończyła. Ona nawet się dobrze nie rozkręciła.
Niezbyt światłych delikwentów należało odsiewać w inny sposób, aby na własnych nogach szli robić bałagan gdzieś indziej. Co najgorsze, raz na jakiś czas słyszał o czarodziejach, którzy po wyrzuceniu ze stażu otwierali własną prywatną praktykę na granicy legalności. Nie nabywali wszystkich uzdrowicielskich uprawnień, ale działali w niekontrolowanej szarej strefie. Byli wytwórcami eliksirów lub aptekarzami, którzy nie kończyli działalności na sprzedaży substancji tylko oferowali dalsze etapy leczenia. To było naprawdę przerażające, ale niewiele dało się poradzić. Na nieszczęście, bo później jego oddział miał wyjątkowo dużo pracy nad zatrutymi przypadkami a ewentualny zgon pacjentów był przypisywany Mungowi. To oni nie pomogli, nie tamten otruł. Ministerstwo z pewnego powodu coraz bardziej niechętnie brało się za takie mało spektakularne sprawy. Przychodziło do rzemieślnika-uzdrowiciela z kontrolą, która była do przewidzenia, a następnie wychodziła po serii mało ambitnych pytań. Dochodzenie zamknięte.
Wiedząc ile krzywdy to mogło narobić, pozwolenie selekcji naturalnej na działanie przestawało być takie głupie. Jasne. Ambroise nikomu nie życzył bardzo źle. Natomiast walka o życie przypadków skrzywdzonych przez ludzi, którzy powinni ich leczyć była znacznie trudniejsza fizycznie i mentalnie. Wyrzucenie stażystów ze stażu (choć nieczęste) powinno wiązać się z końcem ich praktyki medycznej. Jeśli tamci nie byli skłonni tego zaakceptować, może powinni skorzystać z okazji, przenieść Florence gdzieś indziej, zachować pnącza w nienaruszonym stanie i rzucać odrzutki na pożarcie zaklątwionym hybrydom roślin. Tak tylko luźno proponował, ale nie wypowiadał tego na głos.
- W przeciwieństwie do nich, my myślimy i monitorujemy bieżącą sytuację - powiedział zamiast tego. - Odpuścimy, jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie i poczekamy na wsparcie z Ministerstwa. Choć mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni - wolał unikać dodatkowej papierkowej roboty.
Na ich nieszczęście szybko okazało się, że to nie było możliwe. Nie mieli obejść się bez udziału przedstawicieli prawa. Sytuacja była zbyt poważna i za mocno ziała ingerencją bardzo ciemnej strony magii. Klątwy na ogół nie były zbyt łagodne i zahaczały o mroczniejsze dziedziny czarów, ale zachowania roślin i dźwięki wydawane przez nie, gdy zdychały świadczyły o jednym. Musieli podjąć wszelkie środki ostrożności i skontaktować się z odpowiednimi służbami. Ambroise ochoczo pozostawił to Florence, samemu udając się do składziku w poszukiwaniu zaginionych substancji do dalszej walki z pnączami. Miał na to piętnaście minut, które sam sobie dał i nie zamierzał się spóźnić.
Znalazł tylko jedną dodatkową fiolkę. Częściowo pustą i zakurzoną, a więc niemalże bezużyteczną. Wzdychając ciężko, pogodził się z powrotem do pierwotnego planu. Zanim wrócił na piętro, zaczepił jakiegoś mugolaka z bojowym zadaniem, wysyłając go w świat w poszukiwaniu zastępczych środków, które przy odrobinie szczęścia mogli wzmocnić posiadanymi eliksirami. Następnie wrócił na miejsce spotkania, wymieniając spostrzeżenia z Bulstrode i czekając na przybycie wezwanych przez nich ludzi. Wpadli do szpitala niemal w tym samym czasie. Teraz należało zaangażować wszystkie siły, aby skutecznie pozbyć się efektów klątwy.
Tak, zrobili to z pomocą wsparcia i dziwnych, nietypowych, ale efektywnych magiczno-mugolskich eksperymentów (tym razem był jeszcze bardziej uparty), ale cała sprawa wcale się nie skończyła. Ona nawet się dobrze nie rozkręciła.