08.09.2024, 14:53 ✶
A która relacja Maddoxa nie była skomplikowana? Greyback był na tyle specyficznym typem, że przez te wszystkie lata w szkole, które spędzili razem, Faye zdążyła wyrobić sobie o nim odpowiednią opinię. Fakt, że po Hogwarcie ich drogi rozeszły się dość mocno, wcale nie sprawił, że zmieniła zdanie - a wręcz przeciwnie. Utrwaliła je sobie i co prawda gdzieś tam w duchu co prawda wiedziała, że przecież minęła ponad dekada, ale nie potrafiła jej zmienić. Nie przy pierwszym, przypadkowym spotkaniu, nie wtedy kiedy... Cóż: zachowywał się tak samo.
Czy wiedziała, że jej zazdrościł? Oczywiście. Niemal każdy, kto nie posiadał naturalnego daru kontrolowania się pod przemienioną postacią, jej zazdrościł. A raczej nie jej, a im. Sama nie wnikała, dlaczego to akurat jej rodzina była w stanie zachować świadomość podczas tak skomplikowanego, brutalnego procesu - starała się tym jednak nie chwalić na prawo i lewo, bo... Cóż. Społeczeństwo różnie traktowało wilkołaki, sam fakt że osoby za nich odpowiedzialne wrzucono do kontroli nad magicznymi ZWIERZĘTAMI dużo mówił o podejściu. Maddox jednak wiedział: wiedział, bo razem przeżywali to, czego nie powinno się przeżywać. Powinni przebywać wtedy w osamotnieniu, nie szukać u nikogo pocieszenia: przecież każda pełnia niosła ze sobą ogromne ryzyko, że mogą kogoś skrzywdzić. Dla dorosłych było to ciężkie do udźwignięcia, a co dopiero dla nastolatków, którymi byli. Jednak z jakiegoś powodu zdarzyło się, że kilkukrotnie napotkali siebie samych w zakazanym lesie, a każdy wiedział, że wilkołaki ciągnie do siebie jak muchy do gówna. I być może nie wyglądało to tak, że spacerowali przy świetle pełni na dwóch łapach, trzymając się pazurkami i szczekając do siebie słodkie słówka, ale nie dało się ukryć, że między tą dwójką nawiązała się pewna więź, którą ciężko było zignorować nawet po tylu latach.
- To szmat czasu, Dox. Trzeba to powtórzyć, skoro sam nie potrafisz się umyć - odszepnęła z błyskiem rozbawienia w oczach. Potrząsnęła jednak głową, bo to nie był czas ani miejsce na ich pyskówki, nawet jeżeli były cholernie urocze w jego wydaniu. Tak bardzo się starał jej dokuczyć i dogryźć, że to było aż rozczulające. Doskonale wiedziała, że gdyby chciał ją zranić i sprawić jej przykrość, miał cały arsenał słownej i fizycznej broni, który mógł wykorzystać. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robił i mógł kreować się na lekkodusznego dupka, który był hot, dopóki nie otworzył gęby - ona jednak podejrzewała, że gdzieś tam głęboko Maddox również czuje do niej jakieś przywiązanie lub chociażby sentyment, który nie pozwalał mu do tej pory przekroczyć cienkiej granicy między uszczypliwością a byciem skończonym chujem. Inna sprawa, że wrażliwość Faye była na zupełnie innym poziomie niż większości osób: gdy ma się dobre serce, trzeba mieć twardą dupę, tak mawiała jej matka, a ona wzięła sobie tę radę do serduszka. - Widzisz tych tam?
Wypuściła powietrze nosem nieco za szybko, gdy tak bezczelnie pstryknął w kosmyk jej włosów, powodując szybkie mrugnięcie, jakby jednak spodziewała się, że ją trzepnie.
- Musieli rozpalić magiczny ogień, który pali się od dłuższego czasu. Uważałeś na zajęciach? Wiesz, jakie stworzenia przyciąga taki ogień? - oczywiście, że nie mogła mu tak po prostu odpowiedzieć, przecież to by było za łatwe. Jeszcze by uznał, że jej odpowiedź jest logiczna i on sam nie ma tu czego szukać i by sobie polazł, a prawda była taka, że tęskniła odrobinę za tymi ich rozmowami, które toczyły się w krzakach w różnej części kraju. - Dostałam sygnał, że mogą znajdować się tu Popiełki. Wiesz, czym są?
Nie wdawała się w szczegóły, bo sama ich nie znała. Ona nie pytała - jeżeli osoba była sprawdzona, zaufana i działała legalnie, to nie miała powodów by dopytywać o szczegóły. Co innego, gdyby to był ktoś, kogo nie znała: wtedy wystarczył odpowiedni list, by prześwietlić delikwenta, jeżeli nie byłby skory do rozmów.
Faye ostrożnie odgarnęła zielone liście, prężące się na cienkich gałązkach. Mieli stąd dość dobry widok i nie ryzykowali, że ktoś ich dostrzeże. Być może gdyby ich cele były trzeźwe, to sytuacja wyglądałaby inaczej, ale wyglądało na to, że nieźle się porobili i nie zwracali uwagi na otoczenie. Duża część z nich już spała, ale było kilku maruderów, którzy siedzieli na pieńkach i raczyli się mocnym alkoholem z cynowych kubków. Kopcili jak smoki, roztaczając wokół siebie aurę śmierdzącego dymu tytoniowego i opium. Jedynym zagrożeniem byłoby, gdyby któryś z nich postanowił pójść w krzaki i wybrałby właśnie te, w których się chowali z Maddoxem.
- Ale coś mi tu śmierdzi, wiesz? I nie mówię o tym, że są tu ludzie, bo to było oczywiste. Coś mi w nich nie gra - zdecydowała się podzielić swoimi obawami, bo przeczuwała, że zaraz mężczyzna zacząłby dopytywać, czemu po prostu nie podeszła do nich i nie wyjaśniła, że czegośtam potrzebuje. Bo byłaby do tego zdolna, gdyby to byli normalni, porządni ludzie. Ci jednak na takich nie wyglądali. - A ty? Czemu się szlajasz po krzakach? Szukasz polanki do obserwowania zaćmienia słońca, czy może to twoi kumple, którzy nie zaprosili cię na popijawę?
Czy wiedziała, że jej zazdrościł? Oczywiście. Niemal każdy, kto nie posiadał naturalnego daru kontrolowania się pod przemienioną postacią, jej zazdrościł. A raczej nie jej, a im. Sama nie wnikała, dlaczego to akurat jej rodzina była w stanie zachować świadomość podczas tak skomplikowanego, brutalnego procesu - starała się tym jednak nie chwalić na prawo i lewo, bo... Cóż. Społeczeństwo różnie traktowało wilkołaki, sam fakt że osoby za nich odpowiedzialne wrzucono do kontroli nad magicznymi ZWIERZĘTAMI dużo mówił o podejściu. Maddox jednak wiedział: wiedział, bo razem przeżywali to, czego nie powinno się przeżywać. Powinni przebywać wtedy w osamotnieniu, nie szukać u nikogo pocieszenia: przecież każda pełnia niosła ze sobą ogromne ryzyko, że mogą kogoś skrzywdzić. Dla dorosłych było to ciężkie do udźwignięcia, a co dopiero dla nastolatków, którymi byli. Jednak z jakiegoś powodu zdarzyło się, że kilkukrotnie napotkali siebie samych w zakazanym lesie, a każdy wiedział, że wilkołaki ciągnie do siebie jak muchy do gówna. I być może nie wyglądało to tak, że spacerowali przy świetle pełni na dwóch łapach, trzymając się pazurkami i szczekając do siebie słodkie słówka, ale nie dało się ukryć, że między tą dwójką nawiązała się pewna więź, którą ciężko było zignorować nawet po tylu latach.
- To szmat czasu, Dox. Trzeba to powtórzyć, skoro sam nie potrafisz się umyć - odszepnęła z błyskiem rozbawienia w oczach. Potrząsnęła jednak głową, bo to nie był czas ani miejsce na ich pyskówki, nawet jeżeli były cholernie urocze w jego wydaniu. Tak bardzo się starał jej dokuczyć i dogryźć, że to było aż rozczulające. Doskonale wiedziała, że gdyby chciał ją zranić i sprawić jej przykrość, miał cały arsenał słownej i fizycznej broni, który mógł wykorzystać. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robił i mógł kreować się na lekkodusznego dupka, który był hot, dopóki nie otworzył gęby - ona jednak podejrzewała, że gdzieś tam głęboko Maddox również czuje do niej jakieś przywiązanie lub chociażby sentyment, który nie pozwalał mu do tej pory przekroczyć cienkiej granicy między uszczypliwością a byciem skończonym chujem. Inna sprawa, że wrażliwość Faye była na zupełnie innym poziomie niż większości osób: gdy ma się dobre serce, trzeba mieć twardą dupę, tak mawiała jej matka, a ona wzięła sobie tę radę do serduszka. - Widzisz tych tam?
Wypuściła powietrze nosem nieco za szybko, gdy tak bezczelnie pstryknął w kosmyk jej włosów, powodując szybkie mrugnięcie, jakby jednak spodziewała się, że ją trzepnie.
- Musieli rozpalić magiczny ogień, który pali się od dłuższego czasu. Uważałeś na zajęciach? Wiesz, jakie stworzenia przyciąga taki ogień? - oczywiście, że nie mogła mu tak po prostu odpowiedzieć, przecież to by było za łatwe. Jeszcze by uznał, że jej odpowiedź jest logiczna i on sam nie ma tu czego szukać i by sobie polazł, a prawda była taka, że tęskniła odrobinę za tymi ich rozmowami, które toczyły się w krzakach w różnej części kraju. - Dostałam sygnał, że mogą znajdować się tu Popiełki. Wiesz, czym są?
Nie wdawała się w szczegóły, bo sama ich nie znała. Ona nie pytała - jeżeli osoba była sprawdzona, zaufana i działała legalnie, to nie miała powodów by dopytywać o szczegóły. Co innego, gdyby to był ktoś, kogo nie znała: wtedy wystarczył odpowiedni list, by prześwietlić delikwenta, jeżeli nie byłby skory do rozmów.
Faye ostrożnie odgarnęła zielone liście, prężące się na cienkich gałązkach. Mieli stąd dość dobry widok i nie ryzykowali, że ktoś ich dostrzeże. Być może gdyby ich cele były trzeźwe, to sytuacja wyglądałaby inaczej, ale wyglądało na to, że nieźle się porobili i nie zwracali uwagi na otoczenie. Duża część z nich już spała, ale było kilku maruderów, którzy siedzieli na pieńkach i raczyli się mocnym alkoholem z cynowych kubków. Kopcili jak smoki, roztaczając wokół siebie aurę śmierdzącego dymu tytoniowego i opium. Jedynym zagrożeniem byłoby, gdyby któryś z nich postanowił pójść w krzaki i wybrałby właśnie te, w których się chowali z Maddoxem.
- Ale coś mi tu śmierdzi, wiesz? I nie mówię o tym, że są tu ludzie, bo to było oczywiste. Coś mi w nich nie gra - zdecydowała się podzielić swoimi obawami, bo przeczuwała, że zaraz mężczyzna zacząłby dopytywać, czemu po prostu nie podeszła do nich i nie wyjaśniła, że czegośtam potrzebuje. Bo byłaby do tego zdolna, gdyby to byli normalni, porządni ludzie. Ci jednak na takich nie wyglądali. - A ty? Czemu się szlajasz po krzakach? Szukasz polanki do obserwowania zaćmienia słońca, czy może to twoi kumple, którzy nie zaprosili cię na popijawę?