08.09.2024, 20:32 ✶
W Kniei i okolicach lato było kontynuacją zapracowanego okresu wiosny. Gdyby nie ocieplająca się pogoda i wyraźne poruszenie w rozkwicie natury, obie te pory mogłyby zlać się w jedność. Przycięte i wypielęgnowane rośliny wymagały kontroli, zioła i warzywa potrzebowały regularnego nawożenia. Zawiązki owoców należało skontrolować, gdy dojrzewały do swojej finalnej wielkości. Nawet wewnątrz gęstego magicznego lasu należało dokonywać regularnych obchodów. Tu sprawdzać stan domów dla dzikich pszczół a tam upewnić się, że po ostatniej wichurze nikomu nie zagrażało poranione drzewo.
Z uwagi na rozległość terenu, na który zapuszczali się spacerowicze, to wymagało regularności, czasu i pokładów cierpliwości. Dalsze fragmenty Kniei mogły żyć swoim życiem, naturalne, dzikie, niezgłębione i piękne. Bliższe należało otaczać troską i uwagą. Rodzina Greengrassa robiła to od pokoleń, więc i on w swoim dniu wolnym podejmował wędrówkę po głuszy.
Podpierając się długą gałęzią jak laską (nie musiał, ale lubił to robić) powoli przemierzał kilometry, żując przy tym któreś z kolei źdźbło trawy i od czasu do czasu zatrzymując się na kontrolę. Szedł cicho, naturalnie dostosowując się do rytmu natury. Bądź co bądź, tu bywał jego dom. Zazwyczaj lubił otaczający go spokój.
Ten, który został przerwany uderzeniem w głowę. Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co się stało.
Wiewiórki.
Jego wiedza dotycząca magicznych i niemagicznych zwierząt ograniczała się do tego, że niezadowolony sarknął:
- Cholerne szkodniki - i wytarł twarz rękawem, kopiąc wściekle ogryzek małego jabłka.
Niektórzy uważali te zwierzęta za przeurocze. On miał je za drzewne szczury z równie obrzydliwymi, cienkimi ogonami skrywanymi pod pozorem rudej puszystości. Miały małe oczy jak paciorki i ostre zęby. Skakały z drzewa na drzewo niczym mali skrytobójcy od czasu do czasu atakujący kogoś orzechem lub (tak jak w tym przypadku) ogryzkiem jabłka.
Skąd do diabła miały jabłko na ałyczy? W dodatku starej i przerośniętej, wydającej mało własnych owoców?!, nie wiedział. Może miały jakieś swoje zwyczaje a może po prostu były małymi skurwielami. Czasami widział predyspozycje ku temu, gdy w koronie drzew migała mu para złośliwych czarnych oczek a z gardła pasożyta wydobywało się ostrzegawcze prychanie.
Tak. Jako opiekun Kniei wiedział, że wiewiórki miały swoją rolę w ekosystemie. Rozwiewały młode drzewa, dbały o rozrost lasu, zjadały drobne owady, larwy i małe szkodniki. Mimo to nie miał do nich szacunku. Łaskawie nie zgromił zwierzątka wzrokiem, ale zacięcie zmarszczył czoło i znowu kopnął ogryzek, po czym oparł się o to samo drzewo. Skoro piorun nie walił dwa razy w to samo miejsce (albo nie za często) to i on nie powinien znowu dostać czymś w głowę. Wiewiórka najpewniej spłoszyła się ruchem na dole i dawno pokicała nękać innych spacerowiczów. Tu było ich niewielu, ale w mugolskiej części lasu bliżej krawędzi Kniei mogła zaszaleć.
Z uwagi na rozległość terenu, na który zapuszczali się spacerowicze, to wymagało regularności, czasu i pokładów cierpliwości. Dalsze fragmenty Kniei mogły żyć swoim życiem, naturalne, dzikie, niezgłębione i piękne. Bliższe należało otaczać troską i uwagą. Rodzina Greengrassa robiła to od pokoleń, więc i on w swoim dniu wolnym podejmował wędrówkę po głuszy.
Podpierając się długą gałęzią jak laską (nie musiał, ale lubił to robić) powoli przemierzał kilometry, żując przy tym któreś z kolei źdźbło trawy i od czasu do czasu zatrzymując się na kontrolę. Szedł cicho, naturalnie dostosowując się do rytmu natury. Bądź co bądź, tu bywał jego dom. Zazwyczaj lubił otaczający go spokój.
Ten, który został przerwany uderzeniem w głowę. Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co się stało.
Wiewiórki.
Jego wiedza dotycząca magicznych i niemagicznych zwierząt ograniczała się do tego, że niezadowolony sarknął:
- Cholerne szkodniki - i wytarł twarz rękawem, kopiąc wściekle ogryzek małego jabłka.
Niektórzy uważali te zwierzęta za przeurocze. On miał je za drzewne szczury z równie obrzydliwymi, cienkimi ogonami skrywanymi pod pozorem rudej puszystości. Miały małe oczy jak paciorki i ostre zęby. Skakały z drzewa na drzewo niczym mali skrytobójcy od czasu do czasu atakujący kogoś orzechem lub (tak jak w tym przypadku) ogryzkiem jabłka.
Skąd do diabła miały jabłko na ałyczy? W dodatku starej i przerośniętej, wydającej mało własnych owoców?!, nie wiedział. Może miały jakieś swoje zwyczaje a może po prostu były małymi skurwielami. Czasami widział predyspozycje ku temu, gdy w koronie drzew migała mu para złośliwych czarnych oczek a z gardła pasożyta wydobywało się ostrzegawcze prychanie.
Tak. Jako opiekun Kniei wiedział, że wiewiórki miały swoją rolę w ekosystemie. Rozwiewały młode drzewa, dbały o rozrost lasu, zjadały drobne owady, larwy i małe szkodniki. Mimo to nie miał do nich szacunku. Łaskawie nie zgromił zwierzątka wzrokiem, ale zacięcie zmarszczył czoło i znowu kopnął ogryzek, po czym oparł się o to samo drzewo. Skoro piorun nie walił dwa razy w to samo miejsce (albo nie za często) to i on nie powinien znowu dostać czymś w głowę. Wiewiórka najpewniej spłoszyła się ruchem na dole i dawno pokicała nękać innych spacerowiczów. Tu było ich niewielu, ale w mugolskiej części lasu bliżej krawędzi Kniei mogła zaszaleć.