08.09.2024, 21:57 ✶
Nie odpowiedział. Nie odpowiedział, że czekałaby ich wtedy prawdziwa wojna domowa. Że czystokrwiści wyszliby na ulicę, weszliby do Ministerstwa i postanowili się rozprawić z osobami, które stałyby po tej drugiej, złej stronie barykady. Że musieliby zabijać nie tylko szlamy, co nie powinno być dla nich problemem, lecz czystych i półkrwi, co już mogłoby być problematyczne. Zapanowałby chaos, którego nie byliby w stanie opanować. Nie, oni musieli wtedy zostać w Ministerstwie. Musieli mieć dojścia, musieli być w środku: musieli mieć możliwość inwigilacji i wynoszenia informacji.
- Eugenia Jenkins - odpowiedział, nie zdradzając jaki status krwi miała. Być może dlatego, że nikt poza nią samą nie wiedział, jakiej krwi była. Zapewne półkrwi, chociaż ministra nigdy tego nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Nie mówił też, że niezbyt radzi sobie z objętą funkcją, a na dodatek nie pasuje w ogóle do objętej funkcji.
Chcę, żeby tata był ze mnie dumny. Ach, on doskonale wiedział, co Charles może zrobić, żeby Richard był z niego dumny. Być może nie znał go aż tak, lecz był bliźniaczo podobny charakterem do Roberta. A Roberta znał - być może nie doskonale, ale wystarczająco. Jednak wciąganie chłopaka w ich sprawy było zbyt ryzykowne, nie bez powodu bliźniacy Mulciber trzymali chłopaka z daleka. Podejrzewał również, że gdyby Richard i Robert dowiedzieli się, że Rodolphus siedział tak blisko niego i, o zgrozo, go dotykał, to wpadliby w szał. Robert nie mógł wystąpić przeciwko niemu, lecz pozostawał przecież jeszcze Richard, z którym nie łączyła go przysięga. Doskonale wiedział, że mężczyzna go nie lubi - być może nawet nienawidzi. Nie ufa mu, gardzi nim i najchętniej połamałby mu ręce. Ostatnim razem widział w jego oczach, że ma ochotę wywalić go z gabinetu Roberta przez okno albo chociaż pomóc mu w opuszczeniu kamienicy przy pomocy kopniaków. Zabawne, że tego nie zrobił, bo był pod tak dużym wpływem swojego brata. Kusiło go sprawdzać, jak daleko może się posunąć, dopóki nie oberwie.
W zasadzie jego plan na samym początku był zupełnie inny, lecz nie byłby sobą, gdyby nie był elastyczny i nie dopasowywałby się do sytuacji, w której oboje się znaleźli. Gdy tylko kolejne łyki alkoholu przepływały przez jego gardło, domyślał się że będzie musiał swój plan nieco zmodyfikować, bo początkowo zakładał on, że Lestrange będzie kompletnie trzeźwy. Miał wypić jeden, góra dwa kieliszki i zabrać Charlesa do siebie, pokazać mu mieszkanie, porozmawiać i tyle. Charles jednak nie chciał zostawać sam, z tego co mówił - a mówił dużo. Na dodatek coś go podkusiło, by sięgnąć po kolejną whisky. To był błąd, którego już nie mógł naprawić, bo rozkładający się na czynniki pierwsze alkohol już krążył w jego żyłach. Dla osoby, która praktycznie nie piła, taka niewielka dawka śmiało wystarczała, by myśli spowolniły i przesuwały się na tory, na których nie powinny się znaleźć. On nie ułatwiał Charlesowi obudzenia się z tego koszmaru, jak to sam określił - z kolei Charles nie ułatwiał mu odsunięcia się i zmiany tematu. Widział, jak drży i czuł, jak rozchyla usta, które łatwo ustępowały pod wpływem jego dotyku. Był tak podatny na dotyk, że grzechem byłoby teraz się odsunąć. Z drugiej strony nie powinien wykorzystywać sytuacji: nie z przyzwoitości, której przecież nie miał za grosz, ale z powodu logiki. Skoro Charles miał mu zaufać, to nie powinien wprowadzać go w żadne zakłopotanie czy stawiać w niekomfortowej sytuacji, która mogłaby zaważyć na ich znajomości. Z trzeciej jednak strony czuł, jak jego oddech przyspiesza, a głos cichł, gdy składał obietnicę, że od jutra nie będzie zawodził. Czy to było w ogóle możliwe, by dotrzymał tej obietnicy? Przecież życie polegało na tym, żeby popełniać błędy i się na nich uczyć. On sam popełniał ich naprawdę dużo: najważniejsze było jednak to, by wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski.
- Ważne, żebyś nie zawiódł samego siebie, dopiero potem możesz zadowalać innych - odpowiedział również szeptem. Bardzo nie chciał się odsuwać i sam drgnął, orientując się jak blisko jego usta znajdowały się skóry Charlesa. Nie powinien - wiedział, że dla niego to, by Richard był z niego dumny, było wszystkim. Gdyby jego ojciec się dowiedział, w jakiej sytuacji się znaleźli, wszystko rozsypałoby się jak góra popiołu. A jednak z jakiegoś powodu pokonał dzielące ich milimetry, by musnąć ustami jego policzek. Na tyle delikatnie, żeby on sam mógł uznać to za przypadek, lecz na tyle wyczuwalnie, by nie uznał tego za podmuch oddechu.
- Eugenia Jenkins - odpowiedział, nie zdradzając jaki status krwi miała. Być może dlatego, że nikt poza nią samą nie wiedział, jakiej krwi była. Zapewne półkrwi, chociaż ministra nigdy tego nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Nie mówił też, że niezbyt radzi sobie z objętą funkcją, a na dodatek nie pasuje w ogóle do objętej funkcji.
Chcę, żeby tata był ze mnie dumny. Ach, on doskonale wiedział, co Charles może zrobić, żeby Richard był z niego dumny. Być może nie znał go aż tak, lecz był bliźniaczo podobny charakterem do Roberta. A Roberta znał - być może nie doskonale, ale wystarczająco. Jednak wciąganie chłopaka w ich sprawy było zbyt ryzykowne, nie bez powodu bliźniacy Mulciber trzymali chłopaka z daleka. Podejrzewał również, że gdyby Richard i Robert dowiedzieli się, że Rodolphus siedział tak blisko niego i, o zgrozo, go dotykał, to wpadliby w szał. Robert nie mógł wystąpić przeciwko niemu, lecz pozostawał przecież jeszcze Richard, z którym nie łączyła go przysięga. Doskonale wiedział, że mężczyzna go nie lubi - być może nawet nienawidzi. Nie ufa mu, gardzi nim i najchętniej połamałby mu ręce. Ostatnim razem widział w jego oczach, że ma ochotę wywalić go z gabinetu Roberta przez okno albo chociaż pomóc mu w opuszczeniu kamienicy przy pomocy kopniaków. Zabawne, że tego nie zrobił, bo był pod tak dużym wpływem swojego brata. Kusiło go sprawdzać, jak daleko może się posunąć, dopóki nie oberwie.
W zasadzie jego plan na samym początku był zupełnie inny, lecz nie byłby sobą, gdyby nie był elastyczny i nie dopasowywałby się do sytuacji, w której oboje się znaleźli. Gdy tylko kolejne łyki alkoholu przepływały przez jego gardło, domyślał się że będzie musiał swój plan nieco zmodyfikować, bo początkowo zakładał on, że Lestrange będzie kompletnie trzeźwy. Miał wypić jeden, góra dwa kieliszki i zabrać Charlesa do siebie, pokazać mu mieszkanie, porozmawiać i tyle. Charles jednak nie chciał zostawać sam, z tego co mówił - a mówił dużo. Na dodatek coś go podkusiło, by sięgnąć po kolejną whisky. To był błąd, którego już nie mógł naprawić, bo rozkładający się na czynniki pierwsze alkohol już krążył w jego żyłach. Dla osoby, która praktycznie nie piła, taka niewielka dawka śmiało wystarczała, by myśli spowolniły i przesuwały się na tory, na których nie powinny się znaleźć. On nie ułatwiał Charlesowi obudzenia się z tego koszmaru, jak to sam określił - z kolei Charles nie ułatwiał mu odsunięcia się i zmiany tematu. Widział, jak drży i czuł, jak rozchyla usta, które łatwo ustępowały pod wpływem jego dotyku. Był tak podatny na dotyk, że grzechem byłoby teraz się odsunąć. Z drugiej strony nie powinien wykorzystywać sytuacji: nie z przyzwoitości, której przecież nie miał za grosz, ale z powodu logiki. Skoro Charles miał mu zaufać, to nie powinien wprowadzać go w żadne zakłopotanie czy stawiać w niekomfortowej sytuacji, która mogłaby zaważyć na ich znajomości. Z trzeciej jednak strony czuł, jak jego oddech przyspiesza, a głos cichł, gdy składał obietnicę, że od jutra nie będzie zawodził. Czy to było w ogóle możliwe, by dotrzymał tej obietnicy? Przecież życie polegało na tym, żeby popełniać błędy i się na nich uczyć. On sam popełniał ich naprawdę dużo: najważniejsze było jednak to, by wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski.
- Ważne, żebyś nie zawiódł samego siebie, dopiero potem możesz zadowalać innych - odpowiedział również szeptem. Bardzo nie chciał się odsuwać i sam drgnął, orientując się jak blisko jego usta znajdowały się skóry Charlesa. Nie powinien - wiedział, że dla niego to, by Richard był z niego dumny, było wszystkim. Gdyby jego ojciec się dowiedział, w jakiej sytuacji się znaleźli, wszystko rozsypałoby się jak góra popiołu. A jednak z jakiegoś powodu pokonał dzielące ich milimetry, by musnąć ustami jego policzek. Na tyle delikatnie, żeby on sam mógł uznać to za przypadek, lecz na tyle wyczuwalnie, by nie uznał tego za podmuch oddechu.