Wiele zależało od tego, jakie kto miał oczekiwania wobec domu. Victoria nie miała żadnej konkretnej wizji w głowie, wymarzonej bryły domu i rozkładu pomieszczeń. Jej jedynym marzeniem był duży ogród, spokojna, może malownicza okolica – to wszystko. Była perfekcjonistką, ale nie tyczyło się to absolutnie każdej dziedziny życia, raczej tylko tego ułamka, którym się zajmowała i który starała się ujarzmić tak, jakby był miękką plasteliną pod ciepłymi palcami.
Rozumieli się bez słów, to prawda, ale żadne z nich nie potrafiło czytać w myślach i czasami jednak nie tak prosto było się domyślić, o co chodziło temu drugiemu, zwłaszcza w tematach, o których nie mieli prawa nic wiedzieć, bo nigdy ich między sobą nie poruszyli. Lub w tych, w których mieli całkowicie odmienne zdanie (choć tych było bardzo mało) – tak sobie jednak myślę, że znając siebie tak dobrze, i w nich mogli rozumieć się bez słów, po prostu się ze sobą nie zgadzali. To trochę zabawne, prawda? Ich dorosła relacja trwała od… prawie dwóch lat, a znali się w sposób, w jaki znali się ludzie, którzy spędzali ze sobą czas od czasu przedszkola.
– Może… – uśmiechnęła się pod nosem, wyłapując żart… który być może wcale nie był takim żartem, bo Victoria w pewien sposób celowo tak działała. Nie miała w tym większego celu co prawda, po prostu nauczyła się obsługi tego skomplikowanego modelu o nazwie Sauriel Rookwood, a że jej zależało – to obdarzała go cierpliwością, którą rezerwowała dla bliskich. Bo w pracy była co prawda spokojna, ale miewała też wyjątkowo krótki lont. Wbrew pozorom, to ona była tym „złym” policjantem, który się nie uśmiecha i który co prawda nie krzyczy, ale często ludzie woleliby pewnie, żeby ryknęła, a nie była taka cicha… – Odniosłam trochę inne wrażenie – te dwa razy, gdy rozmawiali o wampirach, wydawało jej się, że Laurent był bardzo źle do nich nastawiony i ogólnie do jej relacji z wtedy-jeszcze narzeczonym. – Sauriel jest przede wszystkim starszy… w byciu wampirem przynajmniej. I miał wampira-mentora, który mógł mu wszystko wytłumaczyć i go przez to przeprowadzić, a Astaroth… Jest wampirzym pisklakiem zostawionym samemu sobie – z Astarothem zrobiła dość dokładny wywiad. Nie wiedziała, ile wiedział Laurent, ale na tyle, ile Victoria z nim rozmawiała – to gadali o konkretach. – Porozmawiam z Saurielem… Może go trochę pokieruje – myślała o tym już od jakiegoś czasu, ale zwyczajnie nie było ku temu okazji. Wiedziała tyle, że Astaroth był całkiem chętny spotkać tego „drugiego” wampira, z którym ona miała kontakt, po prostu nie rozmawiała o tym jeszcze z Rookwoodem. Bo tak, to, że potrzebował pomocy, nie ulegało wątpliwościom. Tak, wiedziała, że wampiry są niebezpieczne, ale szczerze mówiąc, to miała to w nosie, bo każdy był niebezpieczny, nie trzeba było być wampirem, by zrobić drugiej osobie krzywdę. – Romantyczne? Naprawdę tak uważasz? – z Victorii żadna była romantyczka… rozkładała wiele rzeczy na czynniki pierwsze i czasami po prostu pewnych rzeczy nie dostrzegała, tak jak teraz tego romantyzmu we własnych wyborach i działaniach.
Słuchała go uważnie, cały czas tworząc swoją laleczkę z łupin, ale jej ruchy zatrzymały się, gdy doszedł do końca tej opowieści i po prostu zamarła, jak zamieniona w słup soli, i tylko mrugające powieki zdradzały, ze jest całkowicie żywa. Miała przez moment pustkę w głowie – to ten moment, kiedy milion myśli niczym mrówki przebiega ci przez myśli i są już tak głośne, że nie słyszysz nic. W końcu jednak spojrzała na Laurenta, wywalając trochę na niego te swoje duże, ciemnobrązowe oczy.
– C-co…? – wyrwało jej się, nim pokręciła głowę, próbując odzyskać rezon. – Znaczy… Co się stało? Dlaczego? – pracował jako prostytutka? W jakim świecie Laurent tego potrzebował, kiedy pochodził z tak bogatej rodziny i stać go było na absolutnie wszystko? I co podziało się w jego życiu takiego, że…
Zaraz jej spojrzenie ze zdziwionego, zmieniło się we współczujący i odłożyła swoją laleczkę, po czym zgarnęła ze stołu Lunę jedną ręką i zsunęła się ze swojego krzesła, by zbliżyć się do Laurenta. Odstawiła kicię na blat, a potem zręcznie wsunęła ręce pod pachy Prewetta, by się do niego przytulić. Nie mówił o tym nikomu, więc to nie było dla niego łatwe. Victoria zresztą nie chciała go oceniać za te jego wyboru i cokolwiek co działo się w jego życiu, co popchnęło go do tego wszystkiego. Ale robiło jej się zimno i nieco słabo na samą myśl, że z jakiegoś powodu sprzedawał swoje ciało. Przygarnęła go do siebie mocniej, baardzo przeszkadzając mu teraz w sączeniu tego wina.
– Masz wyjątkowy talent do ładowania się w potencjalnie niebezpieczne sytuacje, które mocno siadają na serce i psychikę – wymamrotała mu do ucha, myśląc sobie właśnie o tym, że Laurent nigdy nie był żadnym wojownikiem, tylko właśnie taką księżniczką, delikatnym kwiatuszkiem, o który trzeba dbać, podlewać i tak dalej. – Ale jedno mnie trochę bawi, wiesz. Że gdzieś tam nasze życie plącze się na Nokturn i niżej. Moja babcia robiła tam jakieś interesy, gdy jeszcze żyła – powiedziała, kiedy już odsunęła się od Laurenta na tyle, by mógł oddychać i się poruszyć. No i osoba, w której się zakochała, też miała tam swoje interesy i życie. Pewne rzeczy zostawały w krwi najwyraźniej… A to była tylko kolejna z rzeczy, która łączyła ją i Laurenta, a nie dzieliła.