09.09.2024, 11:04 ✶
Najprawdopodobniej powinien spodziewać się wszelkich kolejnych ataków ze strony wiewiórek, skoro już raz to zrobiły, ale niesłusznie założył, że był już całkiem bezpieczny. To dlatego, gdy niemal dostał kolejnym jabłkiem w nogę, dosyć poważnie się naburmuszył. Nie, nie wściekł. Nie wściekał się o takie drobnostki, jednakże dosyć poważnie go irytowały. Odruchowo schylił się po niepełny ogryzek (gdyby go obejrzał od nadgryzionej strony, pewnie zorientowałby się, że to były ślady ludzkich zębów), na oślep ciskając go w górę. Jeśli miałby szczęście, mógł strącić jakiegoś szkodnika albo przynajmniej skutecznie go przepłoszyć.
Tak się nie stało. Żadna ruda kita nie spadła z drzewa. Nie spodziewał się zbyt wiele, ale czuł lekki zawód, że mu się nie powiodło. Wystarczyła chwila, żeby podjął decyzję o daniu sobie drugiej szansy i pochylił się w celu podniesienia paru obitych śliwek. Zamierzał zlokalizować leśnego szczura i spróbować dać mu nauczkę...
W pierwszej chwili sądził, że ma omamy słuchowe, kiedy z drzewa dotarł do niego dźwięczny damski głos. Wyraźnie zmarszczył czoło, momentalnie się prostując i unosząc dłoń do oczu, żeby zrobić sobie daszek i widzieć coś pod słońce.
Była tam. Wbrew wszelkiej logice, patrzyła na niego nie właścicielka rudej kity a całkowicie normalna młoda dziewczyna. Choć może jednak nie powinien przesadzać z tą normalną?
- I co w związku z tym? - Spytał z przekąsem, zadzierając podbródek, żeby nawiązać lepszy kontakt wzrokowy. - Podkablujesz mnie leśnej radzie wiewiór? - Zmierzył dziewczynę spojrzeniem, próbując określić dokładnie to samo, co ona robiła wobec niego.
Oczywiście, nie miał pojęcia, jak go oceniała i czy uważała go za mugola, czy też nie. Ku wygodzie nosił się raczej bardziej jak zwykły człowiek niż jak leśny czarodziej w powłóczystej szacie. Kiedyś sądził, że to drugie dodawało mu dramaturgii, ale nie lubił plątać się w krzaki i rwać materiału przy każdej możliwej okazji do zaczepienia się o coś. Z uwagi na to miał na sobie całkowicie normalne spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. Mógłby swobodnie ujść za turystę, choć nieczęsto tu takich widywano. Tak właściwie, widok nieznanej mu twarzy był bardzo zastanawiający. Nie co dzień wpadało się na kogoś obcego. Jeszcze rzadziej w podobnych okolicznościach.
- Na moje szczęście mam tu niezłe względy - uprzedził poważnie, nie dając do zrozumienia, czy żartował czy może naprawdę sądził, że jest w tym lesie jedną z ważniejszych osób.
Okay, może coś w tym było. Greengrassowie byli opiekunami Kniei, więc na ogół cieszyli się specjalnymi przywilejami. Jednakże dosyć ciężko było stwierdzić, skąd wynikającymi i w jaki sposób oddziałującymi. Nieczęste kontuzje doznawane w gęstej głuszy mogły wynikać z doskonałej znajomości topografii a nie z tego, że drzewa cofały korzenie, żeby zrobić im przejście. Unikanie spadających gałęzi mogło być wynikiem przypadku i mocniejszych podmuchów wiatru, zaś nie ochroną ze strony lasu. Naturalnie omijali różnorodne przeszkody, bo się ich spodziewali. Tak, mieli wyjątkowe fory, bo czuli się jak część lasu. Mieli też swoje prywatne wierzenia i szeroko rozpowszechnione legendy na temat ich wyjątkowości względem tych terenów.
I owszem, Ambroise czasem czuł się jak księżniczka (gdyby tylko znał bajki Disneya, pewnie utwierdziłby się w tych odczuciach) a teraz ktoś mu w tę księżniczkowatość wchodził, zadając stanowczo zbyt dużo pytań. Zgadza się, dokładnie dwa i o te dwa za dużo. Na dodatek nie wiedział, ile jeszcze nadjedzonych jabłek miała ta ciekawska istota, która miała nad nim niewygodną przewagę wysokości drzewa. Co prawda, nie wyglądała na groźną, ale nikt całkiem normalny nie wspinał się na drzewa w tej części lasu.
- Nie powiem, że się z tym nie zgodzę. To biedne drzewo też by tak powiedziało, gdyby mogło mówić - stwierdził, wzruszając ramionami. Było stare, miało bardzo delikatne, łamliwe gałązki. Raczej nie doceniało nagłego ciężaru. - Patrzcie ją, jaka dociekliwa - wywrócił oczami, opierając się trzymanej na gałęzi. - A może bronię nią lasu przed intruzami? - Tak. Sugerował, że dokładnie tym była. Intruzem. Jak wiewiórka.
Tak się nie stało. Żadna ruda kita nie spadła z drzewa. Nie spodziewał się zbyt wiele, ale czuł lekki zawód, że mu się nie powiodło. Wystarczyła chwila, żeby podjął decyzję o daniu sobie drugiej szansy i pochylił się w celu podniesienia paru obitych śliwek. Zamierzał zlokalizować leśnego szczura i spróbować dać mu nauczkę...
W pierwszej chwili sądził, że ma omamy słuchowe, kiedy z drzewa dotarł do niego dźwięczny damski głos. Wyraźnie zmarszczył czoło, momentalnie się prostując i unosząc dłoń do oczu, żeby zrobić sobie daszek i widzieć coś pod słońce.
Była tam. Wbrew wszelkiej logice, patrzyła na niego nie właścicielka rudej kity a całkowicie normalna młoda dziewczyna. Choć może jednak nie powinien przesadzać z tą normalną?
- I co w związku z tym? - Spytał z przekąsem, zadzierając podbródek, żeby nawiązać lepszy kontakt wzrokowy. - Podkablujesz mnie leśnej radzie wiewiór? - Zmierzył dziewczynę spojrzeniem, próbując określić dokładnie to samo, co ona robiła wobec niego.
Oczywiście, nie miał pojęcia, jak go oceniała i czy uważała go za mugola, czy też nie. Ku wygodzie nosił się raczej bardziej jak zwykły człowiek niż jak leśny czarodziej w powłóczystej szacie. Kiedyś sądził, że to drugie dodawało mu dramaturgii, ale nie lubił plątać się w krzaki i rwać materiału przy każdej możliwej okazji do zaczepienia się o coś. Z uwagi na to miał na sobie całkowicie normalne spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. Mógłby swobodnie ujść za turystę, choć nieczęsto tu takich widywano. Tak właściwie, widok nieznanej mu twarzy był bardzo zastanawiający. Nie co dzień wpadało się na kogoś obcego. Jeszcze rzadziej w podobnych okolicznościach.
- Na moje szczęście mam tu niezłe względy - uprzedził poważnie, nie dając do zrozumienia, czy żartował czy może naprawdę sądził, że jest w tym lesie jedną z ważniejszych osób.
Okay, może coś w tym było. Greengrassowie byli opiekunami Kniei, więc na ogół cieszyli się specjalnymi przywilejami. Jednakże dosyć ciężko było stwierdzić, skąd wynikającymi i w jaki sposób oddziałującymi. Nieczęste kontuzje doznawane w gęstej głuszy mogły wynikać z doskonałej znajomości topografii a nie z tego, że drzewa cofały korzenie, żeby zrobić im przejście. Unikanie spadających gałęzi mogło być wynikiem przypadku i mocniejszych podmuchów wiatru, zaś nie ochroną ze strony lasu. Naturalnie omijali różnorodne przeszkody, bo się ich spodziewali. Tak, mieli wyjątkowe fory, bo czuli się jak część lasu. Mieli też swoje prywatne wierzenia i szeroko rozpowszechnione legendy na temat ich wyjątkowości względem tych terenów.
I owszem, Ambroise czasem czuł się jak księżniczka (gdyby tylko znał bajki Disneya, pewnie utwierdziłby się w tych odczuciach) a teraz ktoś mu w tę księżniczkowatość wchodził, zadając stanowczo zbyt dużo pytań. Zgadza się, dokładnie dwa i o te dwa za dużo. Na dodatek nie wiedział, ile jeszcze nadjedzonych jabłek miała ta ciekawska istota, która miała nad nim niewygodną przewagę wysokości drzewa. Co prawda, nie wyglądała na groźną, ale nikt całkiem normalny nie wspinał się na drzewa w tej części lasu.
- Nie powiem, że się z tym nie zgodzę. To biedne drzewo też by tak powiedziało, gdyby mogło mówić - stwierdził, wzruszając ramionami. Było stare, miało bardzo delikatne, łamliwe gałązki. Raczej nie doceniało nagłego ciężaru. - Patrzcie ją, jaka dociekliwa - wywrócił oczami, opierając się trzymanej na gałęzi. - A może bronię nią lasu przed intruzami? - Tak. Sugerował, że dokładnie tym była. Intruzem. Jak wiewiórka.