09.09.2024, 14:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2024, 15:07 przez Anthony Shafiq.)
Anthony uszczknął kawałek rombu, zębami nie tykając nawet zdobnej połówki blanszowanego migdała, aby upewnić się, że spełnione były odpowiednie standardy, choć oczywiście nigdy nie wątpił w Wergiliusza. Nadgryzione ciasteczko wylądowało potem na brzeg tacy, a gospodarz rozsiadł się wygodniej, jeden łokieć opierając o poduchę szezlongu, podciągając asymetrycznie drugie kolano bardziej do siebie i oddając się zgoła innej słodyczy, którą było obserwowanie jedzącego gościa.
Shafiq nie potrzebował dziewięciu wyjazdów, aby odkryć tę wielką tajemnicę erikowej słabości. Wystarczył tylko jeden - ten pierwszy, aby na każdym kolejnym była przewidziana degustacja lokalnych słodyczy i podwójne desery do kolacji. Wystarczył jeden, aby każda kuchnia hotelowa miała w zapasie przepisy i składniki na również angielskie łakocie, na wypadek gdyby to czego próbowali na miejscu nie połechtało miło młodego kochanka. Dyplomata uwielbiał go rozpieszczać, słyszeć jego entuzjazm wyrażany tak w słowach jak i rozanielonych pomrukach.
Patrzył i cieszył się, nawet jeśli uśmiech błądzący po jego twarzy był łagodny, sugerujący błądzenie myślami bardziej niż tak dosadne skupienie na bieżącej chwili. Stalowe oczy mocno osadzone były w twarzy drugiego mężczyzny, w jego łapczywości i głodzie, w rozluźnieniu barków, gdy cukier, którym była nasączona ciastowa gąbka, rozlewał po podniebienu w przyjemnym doznaniu. Nie był zazdrosny, doskonale wiedział, że mężczyzna potrafi w ten sam sposób patrzeć również na niego i kto wie, może gdy patera będzie pusta, a wilczy apetyt wciąż niezaspokojony... Ten zawadiacki uśmiech, mimowolne wspomnienie taśm i ewidentne podrywanie go na mundur - przyjemny prąd przechodził mu po kręgosłupie, ale pamiętając o tym, że Longbottomowie uwielbiają wyzwania, nie zamierzał dawać tego po sobie znać, przynajmniej na tyle, na ile możliwe było zamaskowanie własnej w tym zakresie rosnącej niecierpliwości.
Upijał więc słodkiej herbaty, myśląc o bezkresnej pustynii i mądrości, którą w sobie niosła. Trudno było mu nie przyznać jak bardzo był spragniony towarzystwa Erika tu, w swoim domu, poza domem, na krótko, ale często, na krótko, ale coraz intensywniej. Z każdym łykiem jednak mierzył się ze świadomością - zgodnie ze swoimi przypuszczeniami z resztą - że nigdy nie zaspokoi tego pragnienia w pełni. Nigdy nie będzie miał go dość. Beznadziejny brak doświadczenia w tej materii nie napawał optymizmem.
– Powiedziałeś, że nie chcesz aby Wergiliusz poznał nas od tej strony. Żeby nie poznał Ciebie od tej strony. O jaką stronę Ci chodziło? – powrócił do swojego pytania wiedząc, że bez odpowiedzi na nie, nie będzie chciał iść dalej. Nawet jeśli w zakresie jego nagłębiej skrywanych marzeń nie było tyle śmiałości, by choćby myśleć o wspólnym mieszkaniu, zależało mu na tym, by Erik czuł się w progach jego domostwa możliwie komfortowo i swobodnie.
Shafiq nie potrzebował dziewięciu wyjazdów, aby odkryć tę wielką tajemnicę erikowej słabości. Wystarczył tylko jeden - ten pierwszy, aby na każdym kolejnym była przewidziana degustacja lokalnych słodyczy i podwójne desery do kolacji. Wystarczył jeden, aby każda kuchnia hotelowa miała w zapasie przepisy i składniki na również angielskie łakocie, na wypadek gdyby to czego próbowali na miejscu nie połechtało miło młodego kochanka. Dyplomata uwielbiał go rozpieszczać, słyszeć jego entuzjazm wyrażany tak w słowach jak i rozanielonych pomrukach.
Patrzył i cieszył się, nawet jeśli uśmiech błądzący po jego twarzy był łagodny, sugerujący błądzenie myślami bardziej niż tak dosadne skupienie na bieżącej chwili. Stalowe oczy mocno osadzone były w twarzy drugiego mężczyzny, w jego łapczywości i głodzie, w rozluźnieniu barków, gdy cukier, którym była nasączona ciastowa gąbka, rozlewał po podniebienu w przyjemnym doznaniu. Nie był zazdrosny, doskonale wiedział, że mężczyzna potrafi w ten sam sposób patrzeć również na niego i kto wie, może gdy patera będzie pusta, a wilczy apetyt wciąż niezaspokojony... Ten zawadiacki uśmiech, mimowolne wspomnienie taśm i ewidentne podrywanie go na mundur - przyjemny prąd przechodził mu po kręgosłupie, ale pamiętając o tym, że Longbottomowie uwielbiają wyzwania, nie zamierzał dawać tego po sobie znać, przynajmniej na tyle, na ile możliwe było zamaskowanie własnej w tym zakresie rosnącej niecierpliwości.
Upijał więc słodkiej herbaty, myśląc o bezkresnej pustynii i mądrości, którą w sobie niosła. Trudno było mu nie przyznać jak bardzo był spragniony towarzystwa Erika tu, w swoim domu, poza domem, na krótko, ale często, na krótko, ale coraz intensywniej. Z każdym łykiem jednak mierzył się ze świadomością - zgodnie ze swoimi przypuszczeniami z resztą - że nigdy nie zaspokoi tego pragnienia w pełni. Nigdy nie będzie miał go dość. Beznadziejny brak doświadczenia w tej materii nie napawał optymizmem.
– Powiedziałeś, że nie chcesz aby Wergiliusz poznał nas od tej strony. Żeby nie poznał Ciebie od tej strony. O jaką stronę Ci chodziło? – powrócił do swojego pytania wiedząc, że bez odpowiedzi na nie, nie będzie chciał iść dalej. Nawet jeśli w zakresie jego nagłębiej skrywanych marzeń nie było tyle śmiałości, by choćby myśleć o wspólnym mieszkaniu, zależało mu na tym, by Erik czuł się w progach jego domostwa możliwie komfortowo i swobodnie.