09.09.2024, 19:38 ✶
— A żebyś wiedziała! Niech tylko poczeka aż wszyscy Longbottomowie dołączą do walki, to prędko nie utrzyma się na powierzchni. Nie poznał jeszcze siły całej naszej rodziny razem, w jednym miejscu.
Miała ochotę się zaśmiać, ale jakoś nie mogła. Uśmiechnęła się zatem. Dosyć słabo.
Brenna w końcu szepnęła kilka słów na temat Clemensa, a Tessa po prostu pokiwała, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. Prędzej skończyłby się świat, gdyby którykolwiek z młodych Longbottomów działał, robiąc cokolwiek niebezpiecznego, a Woody pozostałby w cieniu, nie mając o niczym pojęcia. Tak samo wyglądało to z Tessą — może nie miała własnych dzieci, ale instynkt macierzyński odzywał się zaskakująco często, gdy miała do czynienia z krewniakami. Albo Morpheusem.
— Rozumiem — powiedziała nareszcie ze ściśniętym gardłem.
Odchrząknęła, nie chcąc, aby Brenna zauważyła, że temat byłego męża jakkolwiek ją ruszył.
Bo nie ruszał. Ani trochę.
Tak jak mówiła wcześniej, po prostu zwyczajnie nie chciała, żeby cokolwiek mu się stało. Nie zamierzała potem słuchać jego narzekań o tym, jakie to trudne miał życie, jak bardzo nie rozumiała tego, co robił i że nigdy nie będzie w stanie tego pojąć.
Oczywiście.
— Rozumiem. Dziękuję, kochanie.
Powinny już dawno skończyć temat, bo zostało powiedziane wszystko to, co było do omówienia. Tessa widziała siebie przed kominkiem z kieliszkiem whisky; z gazetą na kolanach i talerzykiem tarty dyniowej na stoliku obok. Niestety pewna sprawa kłuła ją delikatnie w żuchwę i nie była w stanie obejść tego bez chociaż kilku słów. Czyżby czuła się winna? Cóż, może tylko odrobinę.
— Brenno… — zaczęła, bawiąc się plisowanym rękawem śliwkowej bluzki. Zaraz jednak spojrzała prosto w oczy dziewczyny. — Przepraszam. Przepraszam za wszystko to, co padło między mną a Clemensem, a czego musieliście słuchać.
Westchnęła ciężko, nie będąc w stanie tego powstrzymać.
— Nigdy nie sądziłam, że skończymy w ten sposób. Kłócąc się na każdym kroku, choć byliśmy bardzo szczęśliwi. Chociaż… — urwała na moment.
Spojrzała na chwilę w bok, mrugając kilkakrotnie, jakby chciała odpędzić nagromadzające się uczucia, ale kiedy spojrzała z powrotem na Brennę nie było już po tym śladu. Nie mogła się rozklejać. Nie mogła.
Wzięła bratanicę pod ramię i pociągnęła lekko za sobą.
— Chodź, napijemy się czegoś ciepłego, bo na pewno zmarzłaś. Przyniosłam ze sobą placek śliwkowy, więc ukroję ci kawałek. Poza tym, musisz opowiedzieć mi dokładnie co u ciebie. Poza całą tą zakonową oczotką.
Miała ochotę się zaśmiać, ale jakoś nie mogła. Uśmiechnęła się zatem. Dosyć słabo.
Brenna w końcu szepnęła kilka słów na temat Clemensa, a Tessa po prostu pokiwała, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. Prędzej skończyłby się świat, gdyby którykolwiek z młodych Longbottomów działał, robiąc cokolwiek niebezpiecznego, a Woody pozostałby w cieniu, nie mając o niczym pojęcia. Tak samo wyglądało to z Tessą — może nie miała własnych dzieci, ale instynkt macierzyński odzywał się zaskakująco często, gdy miała do czynienia z krewniakami. Albo Morpheusem.
— Rozumiem — powiedziała nareszcie ze ściśniętym gardłem.
Odchrząknęła, nie chcąc, aby Brenna zauważyła, że temat byłego męża jakkolwiek ją ruszył.
Bo nie ruszał. Ani trochę.
Tak jak mówiła wcześniej, po prostu zwyczajnie nie chciała, żeby cokolwiek mu się stało. Nie zamierzała potem słuchać jego narzekań o tym, jakie to trudne miał życie, jak bardzo nie rozumiała tego, co robił i że nigdy nie będzie w stanie tego pojąć.
Oczywiście.
— Rozumiem. Dziękuję, kochanie.
Powinny już dawno skończyć temat, bo zostało powiedziane wszystko to, co było do omówienia. Tessa widziała siebie przed kominkiem z kieliszkiem whisky; z gazetą na kolanach i talerzykiem tarty dyniowej na stoliku obok. Niestety pewna sprawa kłuła ją delikatnie w żuchwę i nie była w stanie obejść tego bez chociaż kilku słów. Czyżby czuła się winna? Cóż, może tylko odrobinę.
— Brenno… — zaczęła, bawiąc się plisowanym rękawem śliwkowej bluzki. Zaraz jednak spojrzała prosto w oczy dziewczyny. — Przepraszam. Przepraszam za wszystko to, co padło między mną a Clemensem, a czego musieliście słuchać.
Westchnęła ciężko, nie będąc w stanie tego powstrzymać.
— Nigdy nie sądziłam, że skończymy w ten sposób. Kłócąc się na każdym kroku, choć byliśmy bardzo szczęśliwi. Chociaż… — urwała na moment.
Spojrzała na chwilę w bok, mrugając kilkakrotnie, jakby chciała odpędzić nagromadzające się uczucia, ale kiedy spojrzała z powrotem na Brennę nie było już po tym śladu. Nie mogła się rozklejać. Nie mogła.
Wzięła bratanicę pod ramię i pociągnęła lekko za sobą.
— Chodź, napijemy się czegoś ciepłego, bo na pewno zmarzłaś. Przyniosłam ze sobą placek śliwkowy, więc ukroję ci kawałek. Poza tym, musisz opowiedzieć mi dokładnie co u ciebie. Poza całą tą zakonową oczotką.
Koniec sesji
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you