Ludzie zabijali zwierzęta na mięso, te wszystkie pyszne potrawy pochodziły przecież od żywych stworzeń, które uśmiercono. A wampir? Nie musiał zabijać, żeby się pożywić, potrzebował tylko trochę tej krwi. Owszem, to osłabiało człowieka, pewnie bolało… Ale nie powodowało śmierci. Przecież, gdy wampir zabijał w ten sposób kogoś, to tworzył nowego… A jakoś wcale tak dużo wampirów po ulicach nie chodziło? To było tylko demonizowanie – tak uważała. Victoria patrzyła na to jako całkowitą normalność. Jasne, w pierwszej chwili też się bała, ale to był irracjonalny strach i szybko się o tym przekonała, a kiedy logika wzięła górę, to i cały strach prysł doszczętnie. Co prawda nie nazwałaby Sauriela owieczką i z pewnością był niebezpieczny… ale nie dla niej, tak?
– Nie pozwoliłabym zrobić sobie krzywdy – przecież ją znał… i były granice, których nie pozwoliłaby nikomu przekroczyć, w myśl wzajemnego szacunku, który był pewną świętością. – Nie wiem co na to powie, ale porozmawiam z nim – czy to była obietnica? Tylko połowiczna: że poruszy temat. Ale nie mogła obiecać, że Sauriel będzie chciał się bawić w wampirzą niańkę czy przewodnika. – Bo jest pogubiony. I jednocześnie bardzo zdeterminowany – na jego miejscu pewnie byłaby dokładnie taka sama.
Uśmiechnęła się do Laurenta – ona i romantyzm, ha… Może musiała to dopiero w sobie odkryć? Przecież do tej pory wzbraniała się przed takimi uczuciami, nie były dla niej, by w najmniej spodziewanym momencie… pęknąć. Pokochać osobę, która pozornie zupełnie do niej nie pasowała. Lecz pozory lubiły mylić.
Delikatnie przejechała dłonią po plecach Laurenta, chcąc mu dodać otuchy i by nie zapomniał, że jest tu przy nim, niezależnie od tego, co się działo. Może i były to stare dzieje, ale musiały siedzieć w psychice blondyna – i nic dziwnego, bo kto chciałby być rzeczą? A taka rola trochę do tego się sprowadzała, do bycia bezwładnym przedmiotem na usługach innych ludzi, a Nokturn… dla księżniczek takich jak Laurent, to nie było przyjemne miejsce.
– Aurorem jestem tylko w godzinach pracy, kochanie – a poza tym doskonale wiedziała, że jeśli cokolwiek ma jej pomóc, to musi sięgnąć po nielegalne środki, a o nie najprościej było… w mrokach i cieniach. W końcu to nekromancja miała być kluczem, nie spirytyści. Nekromanci. Szukała pomocy nawet na innym kontynencie i za dwa tygodnie miała się udać w podróż z nadzieją, ze dowie się więcej, bo istniała szansa, że tam będą mieli lepszą wiedzę, skoro i dostęp do niej jest lepszy niż w Wielkiej Brytanii… Ale myśli Victorii coraz częściej zjeżdżały na Nokturn. Na ten nieznany sklep, który szukała (chociaż teraz podejrzewała, że mogło chodzić o rodzinę Borgin), na czerwone kamienie, które babcia wtłaczała w biżuterię… – Tak długo to już trwa? – przebiegło jej przez myśl, że być może miała ogromne szczęście, że skoro tak było, to nie zaraził się niczym i nie przekazał tego dalej… a ona nie miała przecież o niczym świadomości. Znaczy wiedziała, że prócz niej jeszcze się z kimś spotyka, ale przecież nie mieli wtedy siebie na wyłączność, jednak nie spodziewała się, jak wielka była skala. – To chyba tym bardziej wchodzenie do tej samej toksycznej rzeki to chyba niezbyt dobry pomysł – szepnęła, pijąc rzecz jasna do tego, co wyprawiał w związku z tym całym architektem. Bo z każdym słowem brzmiało to coraz gorzej, jak wykorzystanie – i jakby Laurent nie zdawał sobie z tego sprawy.