- Dobrze, że nie należysz do tych pojebanych obrońców praw zwierząt. - Rzuciła jeszcze, bo miała świadomość, że było sporo osób które by się z jego słowami nie zgodziły. Nawet, gdy działała legalnie spotykała się z nieprzyjemnym wzrokiem ludzi. Była oceniana dosyć negatywnie przez to, czym się zajmowała. Przywykła do tego, chociaż nazywanie jej potworem nie należało dla niej do przyjemnych przeżyć, szczególnie, że sama zabijała bestie.
Ludzie doceniali jej działania dopiero, kiedy sami stawali się bezpośrednim obiektem szkody wyrządzonej przez magiczne stworzenia, kiedy stali z boku sprawy i ich to nie dotyczyło reagowali zupełnie inaczej. Jebani hipokryci.
Nie bez powodu Yaxleyówna nie była szczególnie rozmowna, gdy chodziło o to, czym się zajmowała. Nigdy nie wiedziała na kogo trafi, wolała więc darować sobie szczegóły, by przypadkowo kogoś nie urazić. Zresztą bez względu na to co gadali nadal robiła swoje, nie tak łatwo było spowodować, żeby praca jej zbrzydła. Za bardzo kochała niebezpieczeństwo i adrenalinę.
- Czy ja wiem? Moglibyśmy się przygotować na najgorsze, chociaż nie sądzę, żeby był jakąś grubą rybą. Może nie zauważą jego zniknięcia. - Mężczyzna leżący w łóżku nie wyglądał, jak ktoś, kto ma zbyt wiele do powiedzenia. Łudziła się, że nikt nie zauważy jego zniknięcia, albo że zrobi to odpowiednio późno. Upływający czas był w tym przypadku ich sprzymierzeńcem.
- Nie zawsze, pierwsze razy nie zawsze są stresujące. - Pamiętała, jak pierwszy raz wybrała się na polowanie, czuła wtedy tylko i wyłącznie dumę, że ojciec zabrał ją ze sobą. Później pierwszy mecz quidditcha, kolejne wspomnienie, które przynosiło same pozytywne emocje, mogłaby ich wymienić więcej, jak chociażby to, gdy schowana w schowku na miotły zbliżyła się do jednego chłopaka. Pierwsze razy wzbudzały w niej zazwyczaj ekscytację, a nie stres. Tym razem było jednak inaczej, bo nieprzemyślane działanie mogło przynieść konsekwencje, które wpływałyby na ich dalsze życie. Kochała wolność i prędzej by się zabiła, niżeli pozwoliła złapać.
Ambroise najwyraźniej nie miał problemu z tym, aby podzielić się tym jak właściwie wpadł na tego jegomościa, co zabawne wpadnięcie było idealnym określeniem tego, jak się spotkali. Słuchała uważnie tego, co miał do powiedzenia. Teraz rozumiała coraz więcej. - To przez to byłeś taki zamroczony. - Stwierdziła fakt. Podeszła bliżej niego, chciała się upewnić, że nic już mu nie dolega. - Dalej coś cię boli? - Ton jej głosu znowu się zmienił, nie była już taka wkurzona. Dobrze było wiedzieć, że jej partner w zbrodni jest w stanie jej pomóc, a może też chodziło o coś więcej, może zmartwiła się, że mogła mu się stac krzywda.
- Szkoda, że go tam po prostu nie zostawiłeś. - Wtedy byłoby łatwiej, ona nie wiedziałaby o tym, że jej klient umierał w jednej z ciemnych uliczek Nokturnu, a on nie musiałby się przejmować tym, że nie mógł go uleczyć. Jego chęć pomocy przyniosła komplikacje, które mogły mieć wpływ na ich życia. Siedzieli w tym bagnie razem i musieli znaleźć jakieś rozwiązanie, które będzie jak najmniej bolesne, które pozwoli im żyć dalej, jakby nigdy nic.
- Nie zakopuje się swojego trupa w swoim własnym ogródku. - To było oczywiste. Tak samo nie zamierzała zabrać go do Walii, do lasów przy jej rodzinnej rezydencji, wtedy bez problemu można było połączyć truchło z ich rodzinami.
- To jeden problem z głowy. - Cóż, ona miała średnie doświadczenie jeśli chodzi o ziemię, mogła się spodziewać, że Greengrass wręcz przeciwnie. Słyszała przecież o tym, że zajmują się roślinami, ziemia była dość ważnym elementem jeśli chodzi o ich hodowlę.
- Jak to jak? Co to za różnica jakie warunki. Tak się składa, że akurat transmutacja to moja mocna strona, bez problemu to zrobię. - Była bardzo pewna siebie, ale cóż, akurat ta dziedzina magii nigdy nie była dla niej specjalnie skomplikowana. Nauczyła się transmutować w zwierzę, sama siebie, była nielegalnym animagiem, o czym nie zamierzała mówić jeszcze swojemu towarzyszowi, zaklęcia zmieniające innych w zwierzęta były mniej skomplikowane. - Więc drugi problem z głowy. - Póki co odhaczanie zadań na liście szło im całkiem nieźle.
- Musimy go dobić, mam to zrobić? - Spojrzała na niewielki sztylet, który mienił się u jej bioder. Jeden szybki ruch i mężczyzna odejdzie z tego świata. Tak, czy siak był martwy, mogli tylko skrócić jego cierpienie.