Spojrzała na Atreusa z uniesionymi wyżej brwiami, jakby właśnie opowiadał jej jakąś absurdalną bajeczkę, w której były gadające smoki i latające krowy. Przytrzymała tak na nim ten wzrok, jakby czekała aż zaprzeczy, albo powie, że żartował, ale się nie doczekała. Bulstrode ewidentnie brzmiał, jakby święcie wierzył w to, co właśnie powiedział.
– Zawsze? Jak idę spać to też mam zakładać, że wyskoczy spod pościeli? Albo że będzie leżał w mojej wannie z kieliszkiem szampana? – o c z y w i ś c i e, że to właśnie przekoloryzowała, ale tylko po to, by wskazać mu błąd w tym myśleniu. – Co te gobliny ci zrobiły, że tak ich nie lubisz? – musiała zapytać, bo było to całkiem ciekawe, zainteresowało ją, skąd w ogóle taka reakcja i takie słowa. Owszem, gobliny, zwłaszcza te pracujące w banku, to były małe chujki, ale w większości pilnowały swojego nosa i pracy, i niekoniecznie wciskały się w życie czarodziejów, zbyt zajęci swoimi sprawami. Ale musiał być jakiś powód, dlaczego Atreus aż się zapalał na dźwięk słowa goblin, które zresztą sam pierwszy wywołał. Może faktycznie była w tym jakaś obsesja, tyle, że Victoria miała trochę za mało danych, by w ogóle zacząć wyciągać takie wnioski. Były za to pierwsze przebłyski.
– Nie wiem jak inni, ale jak stałam w kolejce, to chyba nikt nie wyszedł z jednym samym fantem, a jak się powtórzyło, to trzeba kazano zakręcić znowu – no może trochę smutek wyjść z samym piórem, ale jak wiadomo – loteria to ryzyko. Z drugiej strony Victoria w tym momencie całkiem cieszyła się z cieszącego oko gadżetu. To znaczy – do czasu, aż nie odkryła co to w ogóle robi. – Wiesz, są też eliksiry – parsknęła, o czym dobrze wiedział, bo sam dostał taki z loterii. Nie trzeba było więc polegać tylko na czarach. Faktem jednak było, że pod tym względem bardzo jej się w życiu poszczęściło i była to umiejętność tym bardziej przydatna w tym zawodzie. – O buty. Buty też wylosowałam, zapomniałam o tym – parsknęła i uśmiechnęła się pod nosem. Normalnie mogłaby się ubrać z tych loterii: tu buty i kapelusz, ale na Beltane od goblina wylosowała strój brygadzistki że zdecydowanie za krótka spódniczka, i puchate kajdanki… – Ha ha, bardzo zabawne – nie, Eryk Rookwood niczego niestety nie podpisał, a Victoria bardzo chętnie wyrwałaby Sauriela z tego smutnego domu, tym niemniej… nie byli już razem. Ale całkiem dobrze się ze sobą na Lammas bawili, chodząc za rękę albo pod rękę.
– Nie – odparła na wydechu, gapiąc się na wierzch swojej dłoni z pewnym przerażeniem przemieszanym z fascynacją. Napis zaraz zniknął, jakby nigdy go nie było, ale widmo bólu i swędzenia nadal gościło na dłoni. Zaraz zresztą roztarla skórę i uniosła spojrzenie na Atreusa. – Chodź, coś ci pokażę. To chyba nie jest zwykłe pióro – czuła w sobie pewien opór, gdy nowy brała pióro do ręki, ale musiała to sprawdzić. Upewnić się. Potwierdzić. I pokazać jemu… a gdy wstał i widział już jej ręce, lewą dłoń rozplaszczyla na blacie i znowu nie zanurzyła pióra w atramencie. Wzięła jakiś świstek pergaminu, by na nim szybko napisać karmazynowe Victoria Lestrange. Znowu poczuła, jakby coś rozcinało jej skórę, zapiekło, zaswędziało, zabolało… ścisnęła ze sobą usta, zacisnęła mimowolnie lewą dłoń w pięść, a na wierzchu zaraz pojawił się napis, który właśnie napisała na kartce. I chwilę później i to zniknęło, i teraz już z lekkim obrzydzeniem spojrzała na Atreusa. – Nie wiem czy myślisz o tym, co ja, ale to chyba kończy sielankowy moment pisania raportów – czasami naprawdę trzeba było uważać, czego człowiek sobie życzy, bo jakąś godzinę temu dostała list ze zdjęciem ładnego kota, na który odpisała, że to nie jest najciekawszy dzień w jej życiu. I w jednej chwili zmienił się jego bieg.