Cóż, jeden problem miała z głowy. Jako, że nie wydawał się przejmować zwierzętami na które polowała, to powinna bez przeszkód kontynuować swoją nielegalną działalność. Jasne, mogłaby przestać to robić, nie ucierpiałaby na tym za bardzo finansowo, ale na pewno by jej tego brakowało. Przyjemność sprawiało jej prowadzenie tych interesów, wprowadzało nieco chaosu i nieprzewidywalności do jej życia, a tego na pewno by jej brakowało. Lubiła stąpać na krawędzi, ryzykować, nie wytrzymałaby bez takich emocji.
- Strach bywa przyjacielem. - Rzuciła jeszcze w eter. Nie widziała nic złego w poczuciu lęku, sądziła, że może przynieść coś dobrego, powodował, że nie lekceważyło się przeciwnika, tylko chciało się jak najlepiej przygotować do finału, tak aby go przezwyciężyć i wygrać ostateczne starcie. - Nic już więcej nie spieprzymy. - Dodała ze sporą dozą pewności w głosie. Na pewno nie zamierzała tego powtórzyć, kolejne kroki będą zaplanowane, nie mogli sobie bowiem pozwolić na kolejne potknięcia. Trochę przerażało ją to, że są w tym razem. Nigdy bowiem z nikim nie musiała współpracować, zazwyczaj podejmowała wszystkie decyzje samodzielnie i to ona była odpowiedzialna za to, jak wyglądało zakończenie. Tym razem nie mogła sobie na to pozwolić, miała świadomość, że ich życia zostały splecione ze sobą na zawsze, kto wie, kiedy ktoś postanowi wrócić do tej sprawy, o ile w ogóle. Mimo wszystko powinna mieć Ambroise'a blisko siebie, przynajmniej jak na razie.
- Wolałabym jednak w ogóle o tym nie myśleć. - Tak było prościej. Nie zastanawiać się, działać instynktownie, ogarnąć burdel, a później najlepiej o tym zapomnieć. Wydawało się proste do realizacji, przynajmniej z pozoru. Yaxley nigdy nie odebrała nikomu życia, na pewno więc odczuje to dosyć mocno. Będzie się tym jednak przejmować dopiero w domu, wlewając w siebie kolejne szklanki whisky. Wiedziała, że tak się to skończy. Trochę pocierpi, a później się ogarnie, jak za każdym razem. Nie istniało nic co mogłoby ją złamać, a przynajmniej tak powtarzała sobie w głowie, dopóki nie uwierzyła, że faktycznie tak jest.
- Mniejsza o to. - Nie było im na ręke dyskutowanie o tym, że którekolwiek z nich postąpiło nieodpowiednio. On mógł pójść do domu, a ona siedzieć przy swoim stole. Proste, tyle, że tego nie zrobili.
- Tak, znam, pójdziemy do Little Hangleton, w głąb puszczy, daleko za przeklęty zagajnik. - Najwyraźniej już zadecydowała. Było to miejsce, gdzie nikt o zdrowych zmysłach się nie zapuszczał. Będą mieli pewność, że trup nie zostanie szybko znaleziony, a jeśli nawet kiedyś ktoś na niego wpadnie to zaczną od poszukiwań wśród okolicznych czarnoksiężników, a było ich tam wielu. To było odpowiednie miejsce.
- Na pewno szybko znalazłby się ktoś, komu by się przydał, ale jak chcesz. Możemy go też zakopać. - Trochę szkoda jej było marnować składniki, ale jeden martwy błotoryj nie był wart ryzykowania tego, że ktoś powiąże ją ze sprawą. W tym wypadku jednak mogli zostawić go w którymkolwiek lesie po drodze, większe zwierzęta go zeżrą.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie sam? - Zapytała jeszcze mierząc go wzrokiem. Wolała się upewnić, że faktycznie jakoś dojdzie do siebie. Najlepiej, aby nikt spoza tego pokoju nie widział w jakim był stanie, bo mogą pojawić się pytania. Musiała uzyskać szczerą odpowiedź, bo będzie się pewnie nad tym zastanawiała jeszcze długo.
- Tak, oby wszystko poszło według ustaleń. - Plan nie był specjalnie trudny do realizacji, powinni sobie z nim poradzić bez mniejszego problemu, a jeśli jakieś się pojawią, to też trzeba będzie je wyeliminować, jak tego człowieka. Jeszcze kilka godzin temu nie spodziewałaby się w ogóle, że skończy w takim bagnie.
- Jak wolisz. - Nie miała zamiaru wchodzić mu w paradę. Próbowała wziać to na siebie. Wepchnięcie noża w czaszkę człowieka nie powinno różnić się za bardzo od wsadzania ostrza w błotoryja, czy inne zwierzę. Robiła to wiele razy, miała świadomość, że pozostawiłoby to ślady, mogło powiązać ją ze sprawą jeszcze bardziej, ale nie była jedyną osobą na ziemi, która potrafiła się posługiwać sztyletem. Takie rzeczy się zdarzały, ludzie odbierali innym życie.
Odsunęła się ponownie do ściany, oparła się o nią, aby dać mu przestrzeń. Któreś z nich musiało to zrobić, on wziął to na siebie. Sama nie wiedziała, czy powinna być mu za to wdzięczna, tak czy siak czuła się odpowiedzialna za to, że rannego spotka śmierć. To, że któreś z nich musiało go dobić nic nie zmieniało.
- Nie. - Powiedziała krótko. Byli w tym razem, nie zamierzała odwracać wzroku. Skoro tak łatwo przyszło jej dyskutować o tym, gdzie go pochowają, musiała również stawić czoła tej drugiej części, gorszej od samego planowania.
Nigdy nie zakładała, że kiedyś kogoś zabije. Znaczy wiadomo, chodziły jej po głowie różne myśli. Spodziewała się, że kiedyś może być zmuszona do tego, aby się bronić, może nawet do ostatniej kropli krwi. Często wchodziła w drogę nieodpowiednim ludziom, nie spodziewała się jednak, że zdarzy się to tak szybko. Czy ten pierwszy raz już warunkował to, jakim będzie człowiekiem? Czy mógł być też pierwszym i ostatnim? Będzie się nad tym zastanawiała później.
Wstrzymała powietrze w płucach, gdy Ambroise zbliżył się do mężczyzny. Przyłożył poduszkę do jego twarzy. Nie sądziła, żeby go to bolało, pewnie ta rana w brzuchu była zdecydowanie bardziej kłopotliwa.
Obserwowała ciało znajdujące się na łóżku, nie spodziewała się, że ranny będzie, aż taki bierny, ale przecież był w naprawdę chujowym stanie. Powinna się tego spodziewać. Po dłuższej chwili ciszy podeszła jedynie po cichu do swojego towarzysza niedoli i uścisnęła do delikatnie w ramię, musiała mu pokazać, że jest tu z nim. Nie wydawało się jej bowiem, że to też była dla niego normalność.