10.09.2024, 13:03 ✶
- Całe szczęście niedawno dowiedziała się, że to nie on ją zabił tylko opakowanie mugolskich gum do żucia - gdy to mówił nawet nie drgnęła mu powieka.
Nie dał do zrozumienia dziewczynie, że w jego oczach wygadywała banialuki. Chciała grać w tę grę a on czuł się w tym całkiem dobry. Jako starszy brat nie raz musiał wymyślać historie na poczekaniu, żeby wyjaśnić siostrze jakieś trudne tematy albo zająć ją czymś, żeby nie skupiała uwagi na niewygodnej sytuacji.
- Poza tym sama mówisz, że jest bardzo wyrozumiała, skoro tylko się na niego obraziła a nie na przykład postanowiła go przekląć trzy pokolenia do przodu - zasugerował luźno, wzruszając ramionami.
Cóż za wspaniałomyślny byt. Gdyby się zastanowić, mogli go określić Wielkodusznym Duchem z Kniei. Ją, tak właściwie. Nie mogli przecież zapomnieć o niesamowitej wiedzy dziewczęcia na temat płci zjaw władających tym miejscem. Mógłby poczuć się zawstydzony własnym brakiem kompetencji, gdyby nie to, że miał nieznajomą za coraz bardziej szurniętą osóbkę. Nie zdziwiłby się, gdyby zaraz zaczęła udawać medium w trakcie opętania i próbowała wmówić mu, że sama jest Duchem Kniei. Szczególnie wtedy, gdy jednym słowem udowodniła mu, że nie jest mugolką. Całkiem celnie strzelała pytaniami, w przeciwieństwie do rzucania jabłkami.
- A tak. Greengrass - przytaknął, kiwając głową.
Posłał jej pytające spojrzenie. Wypadało, żeby podała też swoje nazwisko. Chciał wiedzieć, kto buszował w jego lesie. Tak, nadal upierał się, że to był jego las, nawet jeśli dziewczyna najwidoczniej twierdziła, że lepiej znała to miejsce. Specjalistka od lasów i roślin. Widział ją kto.
- Depczę trawę a ona się wzmacnia - skwitował bez przejęcia. Musiała się bardziej postarać, żeby zbić go z tropu. - Nie przejmuję się jeżynami, bo niemal nic nie odrasta tak szybko jak one - to mówiąc, zlokalizował gałązkę na ubraniu, ujął ją w palce i zdjął na ziemię.
- A skoro już wiesz, że jestem Greengrassem to zapewne wiesz też, że pająki to nie rośliny. Mrówki tym bardziej - prychnął ze stłumionym rozbawieniem, wywracając oczami.
Dla niego świat zwierzęcy nie był aż tak istotny jak ten roślinny. Paradoksalnie naprawdę lubił pająki, ale nie przejmował się zbytnio tym, że zniszczył jakiemuś pajęczynę. W lesie było ich pełno, szczególnie w tych miejscach, w których nie chodziło zbyt wielu ludzi ani nie było zbytnio większych zwierząt.
Nie zamierzał przegrać tej walki słownej. Ani myślał.
- Chyba zaczynasz rozumieć - mruknął nieprzejęty tym, że jemu także sugerowała bycie szkodnikiem.
W gruncie rzeczy wcale się z tym nie sprzeczał. To, że dbał o naturę bardziej niż inni ludzie nie czyniło z niego całkowicie nieszkodliwego dla środowiska. Jego rodzina niemal codziennie starała się naprawiać szkody poczynione nawet przez nich samych. Czasami próbując pomóc jeszcze bardziej coś pogarszali. Musieli pozbywać się części eksperymentalnych gatunków, bo coś im nie poszło zgodnie z planem. Jasne, w większości przyznał jej to wszystko, żeby zbić ją z tropu, ale nie myliła się za mocno.
- To ałycza - poinformował ją, bo skoro chciała współpracować w tym zakresie, powinna wiedzieć, na czym siedziała. - Jest twardsza, mniejsza i kwaśniejsza, trochę bardziej gorzka. Smaczna, ale miłośniczka jabłek raczej tego nie doceni - zawyrokował, wtórując dziewczynie pod kątem bezczelności.
On również potrafił nie przebierać w słowach i mówić kompletnie wszystko, co ślina mu przyniosła na język.
- No kto by pomyślał, że trafię na specjalistkę w walce bronią białą - rzucił sarkastycznie, choć z cieniem uśmiechu na ustach.
Mógł powiedzieć, że całkiem bawiła go ta ich malutka dyskusja. Nieczęsto miał okazję na intelektualną potyczkę z kimś, kto próbował podważać każde jego słowo. Czuł się zaintrygowany przebiegiem ich dialogu. Było to niewątpliwie odstępstwo od codzienności. Idąc na obchód nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Tak jak tego, że zaledwie lekkie potrząśnięcie drzewem będzie mieć tak wyraźne skutki. Nie planował zmuszać brunetki do zeskoczenia, ale skoro już się tak stało, kulturalnie odsunął się na bok, żeby mogła to zrobić. Była niezłą akrobatką, praktycznie nie dała po sobie poznać, że chwilę temu odbyła wysiłek siłowy.
- Akurat te nie powinny - oznajmił bez mrugnięcia okiem. - Zrzuciłaby je byle wichura - zawyrokował wzruszając ramionami. - Wichury, w przeciwieństwie do młodych panien, są dla drzew naturalne.
Nie dał do zrozumienia dziewczynie, że w jego oczach wygadywała banialuki. Chciała grać w tę grę a on czuł się w tym całkiem dobry. Jako starszy brat nie raz musiał wymyślać historie na poczekaniu, żeby wyjaśnić siostrze jakieś trudne tematy albo zająć ją czymś, żeby nie skupiała uwagi na niewygodnej sytuacji.
- Poza tym sama mówisz, że jest bardzo wyrozumiała, skoro tylko się na niego obraziła a nie na przykład postanowiła go przekląć trzy pokolenia do przodu - zasugerował luźno, wzruszając ramionami.
Cóż za wspaniałomyślny byt. Gdyby się zastanowić, mogli go określić Wielkodusznym Duchem z Kniei. Ją, tak właściwie. Nie mogli przecież zapomnieć o niesamowitej wiedzy dziewczęcia na temat płci zjaw władających tym miejscem. Mógłby poczuć się zawstydzony własnym brakiem kompetencji, gdyby nie to, że miał nieznajomą za coraz bardziej szurniętą osóbkę. Nie zdziwiłby się, gdyby zaraz zaczęła udawać medium w trakcie opętania i próbowała wmówić mu, że sama jest Duchem Kniei. Szczególnie wtedy, gdy jednym słowem udowodniła mu, że nie jest mugolką. Całkiem celnie strzelała pytaniami, w przeciwieństwie do rzucania jabłkami.
- A tak. Greengrass - przytaknął, kiwając głową.
Posłał jej pytające spojrzenie. Wypadało, żeby podała też swoje nazwisko. Chciał wiedzieć, kto buszował w jego lesie. Tak, nadal upierał się, że to był jego las, nawet jeśli dziewczyna najwidoczniej twierdziła, że lepiej znała to miejsce. Specjalistka od lasów i roślin. Widział ją kto.
- Depczę trawę a ona się wzmacnia - skwitował bez przejęcia. Musiała się bardziej postarać, żeby zbić go z tropu. - Nie przejmuję się jeżynami, bo niemal nic nie odrasta tak szybko jak one - to mówiąc, zlokalizował gałązkę na ubraniu, ujął ją w palce i zdjął na ziemię.
- A skoro już wiesz, że jestem Greengrassem to zapewne wiesz też, że pająki to nie rośliny. Mrówki tym bardziej - prychnął ze stłumionym rozbawieniem, wywracając oczami.
Dla niego świat zwierzęcy nie był aż tak istotny jak ten roślinny. Paradoksalnie naprawdę lubił pająki, ale nie przejmował się zbytnio tym, że zniszczył jakiemuś pajęczynę. W lesie było ich pełno, szczególnie w tych miejscach, w których nie chodziło zbyt wielu ludzi ani nie było zbytnio większych zwierząt.
Nie zamierzał przegrać tej walki słownej. Ani myślał.
- Chyba zaczynasz rozumieć - mruknął nieprzejęty tym, że jemu także sugerowała bycie szkodnikiem.
W gruncie rzeczy wcale się z tym nie sprzeczał. To, że dbał o naturę bardziej niż inni ludzie nie czyniło z niego całkowicie nieszkodliwego dla środowiska. Jego rodzina niemal codziennie starała się naprawiać szkody poczynione nawet przez nich samych. Czasami próbując pomóc jeszcze bardziej coś pogarszali. Musieli pozbywać się części eksperymentalnych gatunków, bo coś im nie poszło zgodnie z planem. Jasne, w większości przyznał jej to wszystko, żeby zbić ją z tropu, ale nie myliła się za mocno.
- To ałycza - poinformował ją, bo skoro chciała współpracować w tym zakresie, powinna wiedzieć, na czym siedziała. - Jest twardsza, mniejsza i kwaśniejsza, trochę bardziej gorzka. Smaczna, ale miłośniczka jabłek raczej tego nie doceni - zawyrokował, wtórując dziewczynie pod kątem bezczelności.
On również potrafił nie przebierać w słowach i mówić kompletnie wszystko, co ślina mu przyniosła na język.
- No kto by pomyślał, że trafię na specjalistkę w walce bronią białą - rzucił sarkastycznie, choć z cieniem uśmiechu na ustach.
Mógł powiedzieć, że całkiem bawiła go ta ich malutka dyskusja. Nieczęsto miał okazję na intelektualną potyczkę z kimś, kto próbował podważać każde jego słowo. Czuł się zaintrygowany przebiegiem ich dialogu. Było to niewątpliwie odstępstwo od codzienności. Idąc na obchód nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Tak jak tego, że zaledwie lekkie potrząśnięcie drzewem będzie mieć tak wyraźne skutki. Nie planował zmuszać brunetki do zeskoczenia, ale skoro już się tak stało, kulturalnie odsunął się na bok, żeby mogła to zrobić. Była niezłą akrobatką, praktycznie nie dała po sobie poznać, że chwilę temu odbyła wysiłek siłowy.
- Akurat te nie powinny - oznajmił bez mrugnięcia okiem. - Zrzuciłaby je byle wichura - zawyrokował wzruszając ramionami. - Wichury, w przeciwieństwie do młodych panien, są dla drzew naturalne.