10.09.2024, 17:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 17:35 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zadziwiające, że na każde jego słowo miała dwa swoje i to brzmiące coraz bardziej absurdalne.
- Całe szczęście, że jestem wysoki a on był niższy. Nie niczym goblin, ale wciąż niższy i dużo brzydszy. Ciemnowłosy chudzielec. Wyrozumiała kobieta dała mu szansę, bo była niemal półślepa. Za życia rozwiązywała to okularami, które jak wiadomo nie materializują się na nosie po śmierci. Stąd tak częste pomyłki z jej strony, gdy przeklina na przykład takie - zamilkł, spoglądając na nią wymownie - powiedzmy średniowysokie brunetki.
Skoro już razem tworzyli tę historię, miał zamiar to trochę ubarwić. Zdecydowanie nie próbował iść jej na rękę. Na każde słowo planował mieć swoją kontrę. Jak na każdy patyk swoje dwa patyki. Nic go nie odchodziło, że twierdziła, że dwa były gorsze. Nie znał zbyt wielu rzeczy, które powielone nie byłyby lepsze.
- Sugerujesz, że należy pozbywać się słabszych, kruchszych jednostek? - Spytał podchwytliwie. - Skandaliczne poglądy w tak miłych usteczkach - skwitował, jakby nie zauważył, że te same urocze usteczka niemal od samego początku usiłowały mu dopiec.
Raz po raz próbowała wyjść na prowadzenie w tym nieoficjalnym wyścigu. Gdyby był dżentelmenem, mógłby dać jej tę satysfakcję z wygranej, ale tak zachowywał się tylko w oficjalnych warunkach towarzyskich. Na przykład na takim balu. Nie w samym środku magicznej części lasu. Tu było jego królestwo i niespieszno mu było do ustanawiania podobnych zasad. Wolał jedną jedyną zasadę, jaką był brak szczególnych zasad. Ale tego nie zamierzał mówić dziewczynie. W jej przypadku obowiązywała zasada o nadmiernej ilości zasad. Stosowały się wobec niej wszystkie, które wymyśliłby na poczekaniu.
- Niby tak, ale nie wszystkie - przyznał nie za chętnie - poza tym musiałoby tu być od cholery pająków, żeby dały radę tym wszystkim pasożytom - ocenił, po czym zmarszczył brwi i dodał z uśmieszkiem na ustach - albo musiałyby być bardzo duże, żeby zająć się niektórymi drzewnymi szkodnikami.
Jasne, takie tu były. Występowały nawet w dalszych częściach Kniei, gdzie lepiej było się nie zapuszczać. Pójście tam stanowiło prawdziwą wyprawę, do której należało się porządnie przygotować a i tak można było wrócić w bardzo różnym stanie. Czasami nawet wcale. Las krył wiele sekretów, jeszcze więcej pułapek i niebezpieczeństw. Całe szczęście, byli w magicznej, ale stosunkowo bezpiecznej części. Jedynym wyraźnym zagrożeniem mógł być Duch Kniei, z którym najwidoczniej dziewczyna się... ...identyfikowała?
- Na szczęście jest tu tylko jedna taka z jabłkami i garścią jeżyn - skwitował jej słowa.
Tak, uznał ją za Macmillanównę. Wszystkie te opowieści mogły być ich jakimiś legendami rodzinnymi czy innym bajaniem dla nie do końca normalnych dziewczynek. Co prawda znał tamtych ludzi i za cholerę jej nie kojarzył, ale może po prostu trzymali ją w piwnicy i wypuszczali raz na jakiś czas. Może sama im uciekła a może stwierdzili, że jej brak piątej klepki zrobił się tak męczący, że łatwiej było ją wywieźć do lasu i tu porzucić. Najpewniej byłaby w stanie zbudować sobie prowizoryczny domem z gałęzi (tylko nie tych połamanych na dwa kawałki!) i zamieszkać na drzewie. Była przedziwna.
- Ach, i ani myśl wracać na to drzewo. Oryginalna Macmillanówna tego nie uszanuje. To jej ulubioną ałycza, znajdź sobie inną gdzieś w Dolinie - ostrzegł, przypominając sobie jej wcześniejszą deklarację, że chciała tam wrócić w pierwszej możliwej chwili.
Nie na jego warcie, choćby miał pół dnia stać i potrząsać tym drzewem. Niedoczekanie.
- Całe szczęście, że jestem wysoki a on był niższy. Nie niczym goblin, ale wciąż niższy i dużo brzydszy. Ciemnowłosy chudzielec. Wyrozumiała kobieta dała mu szansę, bo była niemal półślepa. Za życia rozwiązywała to okularami, które jak wiadomo nie materializują się na nosie po śmierci. Stąd tak częste pomyłki z jej strony, gdy przeklina na przykład takie - zamilkł, spoglądając na nią wymownie - powiedzmy średniowysokie brunetki.
Skoro już razem tworzyli tę historię, miał zamiar to trochę ubarwić. Zdecydowanie nie próbował iść jej na rękę. Na każde słowo planował mieć swoją kontrę. Jak na każdy patyk swoje dwa patyki. Nic go nie odchodziło, że twierdziła, że dwa były gorsze. Nie znał zbyt wielu rzeczy, które powielone nie byłyby lepsze.
- Sugerujesz, że należy pozbywać się słabszych, kruchszych jednostek? - Spytał podchwytliwie. - Skandaliczne poglądy w tak miłych usteczkach - skwitował, jakby nie zauważył, że te same urocze usteczka niemal od samego początku usiłowały mu dopiec.
Raz po raz próbowała wyjść na prowadzenie w tym nieoficjalnym wyścigu. Gdyby był dżentelmenem, mógłby dać jej tę satysfakcję z wygranej, ale tak zachowywał się tylko w oficjalnych warunkach towarzyskich. Na przykład na takim balu. Nie w samym środku magicznej części lasu. Tu było jego królestwo i niespieszno mu było do ustanawiania podobnych zasad. Wolał jedną jedyną zasadę, jaką był brak szczególnych zasad. Ale tego nie zamierzał mówić dziewczynie. W jej przypadku obowiązywała zasada o nadmiernej ilości zasad. Stosowały się wobec niej wszystkie, które wymyśliłby na poczekaniu.
- Niby tak, ale nie wszystkie - przyznał nie za chętnie - poza tym musiałoby tu być od cholery pająków, żeby dały radę tym wszystkim pasożytom - ocenił, po czym zmarszczył brwi i dodał z uśmieszkiem na ustach - albo musiałyby być bardzo duże, żeby zająć się niektórymi drzewnymi szkodnikami.
Jasne, takie tu były. Występowały nawet w dalszych częściach Kniei, gdzie lepiej było się nie zapuszczać. Pójście tam stanowiło prawdziwą wyprawę, do której należało się porządnie przygotować a i tak można było wrócić w bardzo różnym stanie. Czasami nawet wcale. Las krył wiele sekretów, jeszcze więcej pułapek i niebezpieczeństw. Całe szczęście, byli w magicznej, ale stosunkowo bezpiecznej części. Jedynym wyraźnym zagrożeniem mógł być Duch Kniei, z którym najwidoczniej dziewczyna się... ...identyfikowała?
- Na szczęście jest tu tylko jedna taka z jabłkami i garścią jeżyn - skwitował jej słowa.
Tak, uznał ją za Macmillanównę. Wszystkie te opowieści mogły być ich jakimiś legendami rodzinnymi czy innym bajaniem dla nie do końca normalnych dziewczynek. Co prawda znał tamtych ludzi i za cholerę jej nie kojarzył, ale może po prostu trzymali ją w piwnicy i wypuszczali raz na jakiś czas. Może sama im uciekła a może stwierdzili, że jej brak piątej klepki zrobił się tak męczący, że łatwiej było ją wywieźć do lasu i tu porzucić. Najpewniej byłaby w stanie zbudować sobie prowizoryczny domem z gałęzi (tylko nie tych połamanych na dwa kawałki!) i zamieszkać na drzewie. Była przedziwna.
- Ach, i ani myśl wracać na to drzewo. Oryginalna Macmillanówna tego nie uszanuje. To jej ulubioną ałycza, znajdź sobie inną gdzieś w Dolinie - ostrzegł, przypominając sobie jej wcześniejszą deklarację, że chciała tam wrócić w pierwszej możliwej chwili.
Nie na jego warcie, choćby miał pół dnia stać i potrząsać tym drzewem. Niedoczekanie.