10.09.2024, 19:14 ✶
Może to na skutek parszywego stanu zdrowia a może na skutek jeszcze bardziej parszywego stanu psychicznego, ale od kilku dni niespecjalnie rozróżniał upływające godziny. Tykanie zegarów doprowadzało go do bólu głowy, nie musiał na nich polegać idąc do pracy, bo obecnie przebywał na zwolnieniu, więc całkowicie odpuścił przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu. Potrzebował niemal nieprzeniknionej ciszy, choć ona paradoksalnie prowadziła go do zastanawiania się nad rzeczami, o których nie powinien myśleć. Jednym słowem, nie było dla niego idealnych warunków, toteż polegał na tych, które wprowadzały jak najmniej udręki.
Bywały chwile, kiedy zawieszał się w próżni rzeczywistości. Tracił wtedy godziny i uświadamiał sobie, że świt był zachodem słońca a zachód słońca ustąpił miejsca świtowi. Całe szczęście, nie musiał spędzać zbyt wiele czasu z rodziną. Mając do czynienia z jego wrodzonymi przypadłościami, bliscy doskonale wiedzieli kiedy dać mu odpoczywać w samotności. Rozumieli jego nagłą nerwowość i nie pytali o przyczynę koszmarów. Nawet tych śnionych za dnia, gdy udało mu się zmrużyć oko. Najpewniej sądzili, że znają powody. Nie mogli się bardziej mylić.
Sypiał źle, jeśli nie fatalnie. Kto by pomyślał, że tamte kilka godzin tak odbije się na jego umyśle. Starał się zachowywać spokój. Nie chciał zrobić nic głupiego, bo wiedział, że doszedł do kolejnego etapu. To był ostateczny test mający sprawdzić czy miał jaja, jakie powinien mieć ktoś, kto podjął taką a nie inną decyzję. Odebrał komuś życie. Nie mógł tego zmienić, ale mógł spierdolić je sobie albo (co gorsza) Geraldine. Gdyby teraz poddał się wyrzutom sumienia, nic by nie zmienił w tym, że tamten człowiek spoczywał głęboko pod ziemią w ciemnym, mrocznym lesie. Nie cofnąłby czasu, ale mógł go stracić w Azkabanie.
Nie mieli możliwości wyjaśnienia tego, co zrobili. W teorii powiedzianoby im, że mogli wezwać pomoc. Wystarczyło skontaktować się z patrolem i z Mungiem, żeby uniknąć tego, co zrobili. Zostaliby przesłuchani. On najpewniej straciłby licencję uzdrowiciela i pracę w Mungu, bo tamtej wizyty na Nokturnie nie mógł wyjaśnić tak gładko jak tych u prywatnych pacjentów czystej krwi. Geraldine zostałaby posądzona o kłusownictwo, być może jej ojciec mógłby pomóc jej uniknąć najcięższego wymiaru kary. Ponieśliby konsekwencje, ale nie istniał scenariusz, w którym tak nie było.
Podjęli taką a nie inną decyzję i musieli z nią żyć. A teraz ta Decyzja miała jeszcze konkretne Imię. Nie była już nienazwanym Trupem Czarodzieja przykrytym metrem śniegu i paroma metrami ziemi. Billy Farciarz. Czyż to nie brzmiało jak ironia? Człowiek, który powinien mieć szczęście, nie miał go nawet na chwilę przed śmiercią. Zginął w żałosny sposób i nikt nie miał go odnaleźć. Przynajmniej na to liczył Ambroise. Gdzieś z tyłu głowy miał obawę, że po niego przyjdą.
Nie stróże prawa tylko ktoś gorszy. O ciężkich, gniewnych krokach. Tymczasem usłyszał poruszenie za sobą. Niemal niedosłyszalne skrzypienie drzwi i powolne, ostrożne stąpanie.
- A więc już wiesz - odezwał się cicho, nasłuchując kroków za plecami.
Znał dźwięki wydawane przez wszystkich domowników, służbę i przyjaciół a po tamtej nocy miał wrażenie, że sposób, w jaki kroczyła Yaxleyówna wyrył mu się w uszach. Nie musiał się obracać, żeby wiedzieć. Wyjął wolną rękę spod koca, machając w kierunku wolnego wiklinowego fotela. Wygodnego gniazda wyściełanego kocami i poduszkami.
- Herbaty z prądem? Jointa? - właśnie raczył się oboma.
Bywały chwile, kiedy zawieszał się w próżni rzeczywistości. Tracił wtedy godziny i uświadamiał sobie, że świt był zachodem słońca a zachód słońca ustąpił miejsca świtowi. Całe szczęście, nie musiał spędzać zbyt wiele czasu z rodziną. Mając do czynienia z jego wrodzonymi przypadłościami, bliscy doskonale wiedzieli kiedy dać mu odpoczywać w samotności. Rozumieli jego nagłą nerwowość i nie pytali o przyczynę koszmarów. Nawet tych śnionych za dnia, gdy udało mu się zmrużyć oko. Najpewniej sądzili, że znają powody. Nie mogli się bardziej mylić.
Sypiał źle, jeśli nie fatalnie. Kto by pomyślał, że tamte kilka godzin tak odbije się na jego umyśle. Starał się zachowywać spokój. Nie chciał zrobić nic głupiego, bo wiedział, że doszedł do kolejnego etapu. To był ostateczny test mający sprawdzić czy miał jaja, jakie powinien mieć ktoś, kto podjął taką a nie inną decyzję. Odebrał komuś życie. Nie mógł tego zmienić, ale mógł spierdolić je sobie albo (co gorsza) Geraldine. Gdyby teraz poddał się wyrzutom sumienia, nic by nie zmienił w tym, że tamten człowiek spoczywał głęboko pod ziemią w ciemnym, mrocznym lesie. Nie cofnąłby czasu, ale mógł go stracić w Azkabanie.
Nie mieli możliwości wyjaśnienia tego, co zrobili. W teorii powiedzianoby im, że mogli wezwać pomoc. Wystarczyło skontaktować się z patrolem i z Mungiem, żeby uniknąć tego, co zrobili. Zostaliby przesłuchani. On najpewniej straciłby licencję uzdrowiciela i pracę w Mungu, bo tamtej wizyty na Nokturnie nie mógł wyjaśnić tak gładko jak tych u prywatnych pacjentów czystej krwi. Geraldine zostałaby posądzona o kłusownictwo, być może jej ojciec mógłby pomóc jej uniknąć najcięższego wymiaru kary. Ponieśliby konsekwencje, ale nie istniał scenariusz, w którym tak nie było.
Podjęli taką a nie inną decyzję i musieli z nią żyć. A teraz ta Decyzja miała jeszcze konkretne Imię. Nie była już nienazwanym Trupem Czarodzieja przykrytym metrem śniegu i paroma metrami ziemi. Billy Farciarz. Czyż to nie brzmiało jak ironia? Człowiek, który powinien mieć szczęście, nie miał go nawet na chwilę przed śmiercią. Zginął w żałosny sposób i nikt nie miał go odnaleźć. Przynajmniej na to liczył Ambroise. Gdzieś z tyłu głowy miał obawę, że po niego przyjdą.
Nie stróże prawa tylko ktoś gorszy. O ciężkich, gniewnych krokach. Tymczasem usłyszał poruszenie za sobą. Niemal niedosłyszalne skrzypienie drzwi i powolne, ostrożne stąpanie.
- A więc już wiesz - odezwał się cicho, nasłuchując kroków za plecami.
Znał dźwięki wydawane przez wszystkich domowników, służbę i przyjaciół a po tamtej nocy miał wrażenie, że sposób, w jaki kroczyła Yaxleyówna wyrył mu się w uszach. Nie musiał się obracać, żeby wiedzieć. Wyjął wolną rękę spod koca, machając w kierunku wolnego wiklinowego fotela. Wygodnego gniazda wyściełanego kocami i poduszkami.
- Herbaty z prądem? Jointa? - właśnie raczył się oboma.