10.09.2024, 20:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 21:47 przez Anthony Shafiq.)
– Och, mój kochany, przecież Wergiliusz widział nas już w łóżku. Nie pamiętasz? W moim apartamencie? – powiedział absolutnie naturalnie, szybko zasłaniając rosnące rozbawienie szklanką herbaty i kolejnym upitym łykiem. Wszystko byle nie parsknąć, by odczekać reakcji przed dodaniem: – Wcześniej. Jak spaliśmy, musiał być w pokoju, żeby rozsunąć kotary, przynieść śniadanie... Podejrzewam, że po przygotowaniu kolacji przeniesie się w jakieś spokojne i ciche miejsce. Jeśli już tego nie zrobił.– Odstawił obok siebie pustą szklaneczkę, szczerze ciekaw czy naczynie w niezmienionej formie dotrwa następnego dnia, czy nie dokona żywota, trącone przypadkiem przez któregoś z nich. Szkło nie miało w ich obecności wiele szczęścia.
A potem przymknął powieki oddając się kompletnie wrażeniu, gdy Erik znalazł się znów blisko, przeklinając i błogosławiąc w tym samym momencie łatwość, z jaką jego słoneczne bóstwo gięło wszelką stal jego postanowień. Łatwość z jaką wiedziało gdzie nacisnąć, żeby wywołać określoną reakcję. Rumieniec za rumieniec okraszony świstem wypuszczanego przez zęby powietrza, gdy skóra policzka zwyczajnie płonęła od samej tylko pieszczoty oddechu. Dobrze, że opierał się o zgrabne legowisko, dobrze, że czuł wciąż chłód marmuru, kotwicząc się w rzeczywistości.
– N...nie miałem Ci opowiadawać o... o ewakuacji, którą przeprowadziłem t...te kilka tygodni temu u Abbotów...? – Topił się i giął mu w rękach, w półtoratysięcznym żarze hutniczego pieca pokrytego szarym popiołem służbowego munduru. – Nie chciałeś poznać nazwy ciasta, którym... którym teraz... – Usta przy ustach, aromat pomarańczy i migdałów był obezwładniający, dopełniający słodycz czerni wypitego naparu. Brak tylko przesypującej się diuny.... zdołał pomyśleć, nim przestał myśleć zupełnie. A przecież już całowali się dzisiaj ledwie moment temu, a jednak tak, jakby nie całowali się nigdy wcześniej.
A potem przymknął powieki oddając się kompletnie wrażeniu, gdy Erik znalazł się znów blisko, przeklinając i błogosławiąc w tym samym momencie łatwość, z jaką jego słoneczne bóstwo gięło wszelką stal jego postanowień. Łatwość z jaką wiedziało gdzie nacisnąć, żeby wywołać określoną reakcję. Rumieniec za rumieniec okraszony świstem wypuszczanego przez zęby powietrza, gdy skóra policzka zwyczajnie płonęła od samej tylko pieszczoty oddechu. Dobrze, że opierał się o zgrabne legowisko, dobrze, że czuł wciąż chłód marmuru, kotwicząc się w rzeczywistości.
– N...nie miałem Ci opowiadawać o... o ewakuacji, którą przeprowadziłem t...te kilka tygodni temu u Abbotów...? – Topił się i giął mu w rękach, w półtoratysięcznym żarze hutniczego pieca pokrytego szarym popiołem służbowego munduru. – Nie chciałeś poznać nazwy ciasta, którym... którym teraz... – Usta przy ustach, aromat pomarańczy i migdałów był obezwładniający, dopełniający słodycz czerni wypitego naparu. Brak tylko przesypującej się diuny.... zdołał pomyśleć, nim przestał myśleć zupełnie. A przecież już całowali się dzisiaj ledwie moment temu, a jednak tak, jakby nie całowali się nigdy wcześniej.