10.09.2024, 21:12 ✶
Spodziewał się, że ten czas nadejdzie. Kiedy pierwszy raz usłyszał plotkę zbiegającą się z tym, jak wyglądał ich nieboszczyk oraz z własnymi wspomnieniami o istnieniu sprzedawcy gazet na Pokątnej (raz czy dwa na pewno coś tam kupił) od razu pomyślał o Geraldine. Była bardzo dobrze poinformowana, musiała wiedzieć o tym wszystkim. Mimo to, wolałby się z nią spotkać w lepszym stanie zdrowia. Teraz był cieniem siebie.
No cóż. To nie był koncert życzeń.
- Wyśmienicie - odpowiedział sucho, niezbyt głośno i jeszcze mniej przyjaźnie niż brzmiał we własnej głowie. Niespecjalnie go to przejęło, miał większe problemy. - Nie przepadamy tutaj za filozofami. W tym lokalu - dopowiedział, siląc się na to, aby zabrzmieć trochę mniej pasywno-agresywnie.
Nie chciał wyładowywać swojego złego humoru na kimkolwiek. Tym bardziej na Geraldine, choć idealnie się nawinęła, bo właśnie znowu czuł zbyt dużo silnych emocji. To dlatego palił i pił w samotni. Przez większość czasu był bardziej przytłoczony i ospały niż zły. Zawieszony w próżni, z której wyrwała go Geraldine i pierwsze promienie słoneczne, które zaczęły wpadać przez szyby do wnętrza szklarni. Było rano, no tak. Uświadomił sobie, że przecież nie tak dawno rozmawiał z Evelyn, która czasami wychodziła z domu niemal z pianiem koguta i równie wcześnie wracała. Była zima i słońce wschodziło później, ale stawiał, że nie mogło być po ósmej. Idealna pora, żeby się nachlać i może zaznać kilka minut półprzytomnego snu.
Bez słowa przesunął butelkę w jej stronę. Pokaźną, krągłą i niemal w trzech czwartych wypełnioną złotawą cieczą domowej roboty. Tego dnia potrzebował czegoś bardzo mocnego. Takiego, żeby herbata tylko pozornie rozwadniała napój. Mimo to nie ostrzegł Geraldine. Już na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że tego dnia była już zaprawiona w boju. A może nigdy nie zeszła z pola walki?
Kiedy tak siadła na wolnym fotelu i wyjęła papierosa, nijak tego nie skomentował. Powietrze w szklarni i tak było ciężkie od dymu. Na szybach mróz malował przepiękne obrazy, słońce świeciło zza gęstych chmur. Próbowało przebić się przez ich okrywę. W pomieszczeniu było ciepło, ale nie gorąco, co zawdzięczał małemu rozpalonemu kominkowi wbudowanemu w konstrukcję szkła, drewna i cegieł gdzieniegdzie wzmocnionej metalem. W innych okolicznościach byłoby tu przyjemnie. Teraz Ambroise czuł zimno sprawiające, że ponownie okrył się kocem niemal po samą głowę.
- Jak widzisz, średnio się nadaję do towarzyskich wizyt - zaciągnął się z tłumionym kaszlem spowodowanym nie dymem a słabym stanem zdrowia. - Niestety, nie powiem, że miło cię widzieć, ale spodziewałem się tej wizyty. Jestem chujowym gospodarzem - odpowiedział, patrząc na nią z powagą.
Wolałby się z nią spotykać w lepszych okolicznościach, ale te były logiczniejsze.
No cóż. To nie był koncert życzeń.
- Wyśmienicie - odpowiedział sucho, niezbyt głośno i jeszcze mniej przyjaźnie niż brzmiał we własnej głowie. Niespecjalnie go to przejęło, miał większe problemy. - Nie przepadamy tutaj za filozofami. W tym lokalu - dopowiedział, siląc się na to, aby zabrzmieć trochę mniej pasywno-agresywnie.
Nie chciał wyładowywać swojego złego humoru na kimkolwiek. Tym bardziej na Geraldine, choć idealnie się nawinęła, bo właśnie znowu czuł zbyt dużo silnych emocji. To dlatego palił i pił w samotni. Przez większość czasu był bardziej przytłoczony i ospały niż zły. Zawieszony w próżni, z której wyrwała go Geraldine i pierwsze promienie słoneczne, które zaczęły wpadać przez szyby do wnętrza szklarni. Było rano, no tak. Uświadomił sobie, że przecież nie tak dawno rozmawiał z Evelyn, która czasami wychodziła z domu niemal z pianiem koguta i równie wcześnie wracała. Była zima i słońce wschodziło później, ale stawiał, że nie mogło być po ósmej. Idealna pora, żeby się nachlać i może zaznać kilka minut półprzytomnego snu.
Bez słowa przesunął butelkę w jej stronę. Pokaźną, krągłą i niemal w trzech czwartych wypełnioną złotawą cieczą domowej roboty. Tego dnia potrzebował czegoś bardzo mocnego. Takiego, żeby herbata tylko pozornie rozwadniała napój. Mimo to nie ostrzegł Geraldine. Już na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że tego dnia była już zaprawiona w boju. A może nigdy nie zeszła z pola walki?
Kiedy tak siadła na wolnym fotelu i wyjęła papierosa, nijak tego nie skomentował. Powietrze w szklarni i tak było ciężkie od dymu. Na szybach mróz malował przepiękne obrazy, słońce świeciło zza gęstych chmur. Próbowało przebić się przez ich okrywę. W pomieszczeniu było ciepło, ale nie gorąco, co zawdzięczał małemu rozpalonemu kominkowi wbudowanemu w konstrukcję szkła, drewna i cegieł gdzieniegdzie wzmocnionej metalem. W innych okolicznościach byłoby tu przyjemnie. Teraz Ambroise czuł zimno sprawiające, że ponownie okrył się kocem niemal po samą głowę.
- Jak widzisz, średnio się nadaję do towarzyskich wizyt - zaciągnął się z tłumionym kaszlem spowodowanym nie dymem a słabym stanem zdrowia. - Niestety, nie powiem, że miło cię widzieć, ale spodziewałem się tej wizyty. Jestem chujowym gospodarzem - odpowiedział, patrząc na nią z powagą.
Wolałby się z nią spotykać w lepszych okolicznościach, ale te były logiczniejsze.