10.09.2024, 21:59 ✶
- No tak - powiedział na pozór spokojnie, jakby słyszał to niemal codziennie, bo takie pomyłki zdarzały się średnio co dwanaście i pół minuty w każdy parzysty dzień tygodnia (nie, nie zdarzały się). - Akurat przedwczoraj zamieniliśmy się z kafeterią, żeby sprawdzić, co się stanie - dodał bez zająknięcia (nie, nie zamienili się).
Obcowanie z najróżniejszymi osobami przychodzącymi do szpitala miało swoje zalety. Co prawda nie pracował na oddziale dla czubków, ale regularna styczność z absurdalnymi przypadkami medycznymi testowała cierpliwość. Bycie wykładowcą również dodawało swoje trzy knuty. Raz po raz słyszał dziwne wymówki, dlaczego ktoś się spóźnił, nie przyszedł, nie napisał eseju albo nie znał odpowiedzi. Bywały chore matki, pogrzeby szóstej babci w tym roku, psy zjadające papier (całe szczęście, że nie babcię chorej matki), koty drące wypracowania. Czasami czuł się, jakby wybrał naprawdę trudną ścieżkę zawodową, bo praca w Lecznicy Dusz byłaby znacznie łatwiejsza. Tam zawsze wiedziano, że pacjenci byli czubkami. Tu nikt nie pozwalał mu tak mówić.
- Jestem uzdrowicielem od WSZYSTKICH eliksirów - odrzekł zgodnie z tym, czego nauczył się na idio...
...pacjentach szczególnej troski.
Nie należało kwestionować ich pytań i ciekawości tylko odpowiedzieć tak, żeby sami zaczęli zadawać sobie pytania o sens ich zadawania. Brzmiało skomplikowanie a było bardzo proste. Tacy ludzie żyli chaosem, lubili zdziwione reakcje, więc spokój zazwyczaj ich gubił. Poza tym to nie było pierwsze rodeo Greengrassa. Z pewnymi stażystami należało obchodzić się jak z przyszłymi pacjentami oddziału psychiatrycznego. To, że tu pracowali było zaledwie wstępem do poznawania ich przyszłego domu. Coś jak wynajęcie kawalerki w budynku przed kupnem tam mieszkania.
Obserwując zachowanie rozmówcy, Greengrass odczuł niemałą ulgę, kiedy ten raczył usiąść na krześle. No. Lepszym określeniem byłoby: rozłożył się na krześle. W gruncie rzeczy było to najlepsze możliwe rozwiązanie poza szybkim umknięciem z pomieszczenia. Siedząc w ten sposób O'Dwyer nie mógł narobić zbyt wielu zbędnych szkód. O ile nie zabuja się za mocno w przód ani w tył. Nie, nie chciał mu tego podpowiadać. Wypluł taki scenariusz.
Ale najwyraźniej za późno, bo już telepatycznie przekazał stażyście, że siedzenie na dupie nie było dobrą opcją. Co prawda, ruch ze strony Leo nie polegał na rozbijaniu krzesła, ale to wcale nie było pocieszające. Fala entuzjazmu ku pomocy prawie zmiotła Ambroisa z podłogi. Nim się spostrzegł, młodzieniec wyjął mu fiolkę z ręki a on nawet na to nie zareagował.
Było za późno. Tamten już wąchał substancję na porost włosów. Czy należało go przed tym ostrzec, skoro sam się prosił? Był ciekawski, skory do działania, zadawał dużo pytań (co zazwyczaj Ambroise nagradzał), ale szokująco nietrafnych.
- Tak. Codziennie - zapewnił. Nawet nie mrugnął. - Gotujemy na nim grzybową do kafeterii. Dlatego nie możesz go stąd wynieść, bo pojutrze kafeteria tu wraca - stwierdził tak absurdalnie jak tylko się dało.
Nie próbował tego analizować. Nie wiedział, skąd się brał ten nagły entuzjazm stażysty. Czy sugerował, że Ambroise pił ten eliksir, bo był starym grzybem albo postradał zmysły? Oba na raz? Nic? Miał na myśli chęć zaspokojenia ciekawości czy raczej mówił Greengrassowi, że jest brzydki i nikt by nie odróżnił, gdyby miał grzyby na twarzy? Ambroise najprawdopodobniej powinien nie dociekać przyczyny.
- Eliksir grzyworostu powinien stać na trzeciej półce po prawej - powiedział po minucie milczenia - uważaj, żeby go na siebie nie wylać. Już i tak wyrosną ci dłuższe włosy w nosie - mówił poważnie. Nie groził młodzieńcowi, bo podejście stażysty chwilowo mu nie przeszkadzało. Entuzjazm był całkiem zdrowym uczuciem. Chęć pomocy również, choć najwyraźniej O'Dwyer nie pomyślał w co się tym pakuje. Oj. Nie pomyślał.
Obcowanie z najróżniejszymi osobami przychodzącymi do szpitala miało swoje zalety. Co prawda nie pracował na oddziale dla czubków, ale regularna styczność z absurdalnymi przypadkami medycznymi testowała cierpliwość. Bycie wykładowcą również dodawało swoje trzy knuty. Raz po raz słyszał dziwne wymówki, dlaczego ktoś się spóźnił, nie przyszedł, nie napisał eseju albo nie znał odpowiedzi. Bywały chore matki, pogrzeby szóstej babci w tym roku, psy zjadające papier (całe szczęście, że nie babcię chorej matki), koty drące wypracowania. Czasami czuł się, jakby wybrał naprawdę trudną ścieżkę zawodową, bo praca w Lecznicy Dusz byłaby znacznie łatwiejsza. Tam zawsze wiedziano, że pacjenci byli czubkami. Tu nikt nie pozwalał mu tak mówić.
- Jestem uzdrowicielem od WSZYSTKICH eliksirów - odrzekł zgodnie z tym, czego nauczył się na idio...
...pacjentach szczególnej troski.
Nie należało kwestionować ich pytań i ciekawości tylko odpowiedzieć tak, żeby sami zaczęli zadawać sobie pytania o sens ich zadawania. Brzmiało skomplikowanie a było bardzo proste. Tacy ludzie żyli chaosem, lubili zdziwione reakcje, więc spokój zazwyczaj ich gubił. Poza tym to nie było pierwsze rodeo Greengrassa. Z pewnymi stażystami należało obchodzić się jak z przyszłymi pacjentami oddziału psychiatrycznego. To, że tu pracowali było zaledwie wstępem do poznawania ich przyszłego domu. Coś jak wynajęcie kawalerki w budynku przed kupnem tam mieszkania.
Obserwując zachowanie rozmówcy, Greengrass odczuł niemałą ulgę, kiedy ten raczył usiąść na krześle. No. Lepszym określeniem byłoby: rozłożył się na krześle. W gruncie rzeczy było to najlepsze możliwe rozwiązanie poza szybkim umknięciem z pomieszczenia. Siedząc w ten sposób O'Dwyer nie mógł narobić zbyt wielu zbędnych szkód. O ile nie zabuja się za mocno w przód ani w tył. Nie, nie chciał mu tego podpowiadać. Wypluł taki scenariusz.
Ale najwyraźniej za późno, bo już telepatycznie przekazał stażyście, że siedzenie na dupie nie było dobrą opcją. Co prawda, ruch ze strony Leo nie polegał na rozbijaniu krzesła, ale to wcale nie było pocieszające. Fala entuzjazmu ku pomocy prawie zmiotła Ambroisa z podłogi. Nim się spostrzegł, młodzieniec wyjął mu fiolkę z ręki a on nawet na to nie zareagował.
Było za późno. Tamten już wąchał substancję na porost włosów. Czy należało go przed tym ostrzec, skoro sam się prosił? Był ciekawski, skory do działania, zadawał dużo pytań (co zazwyczaj Ambroise nagradzał), ale szokująco nietrafnych.
- Tak. Codziennie - zapewnił. Nawet nie mrugnął. - Gotujemy na nim grzybową do kafeterii. Dlatego nie możesz go stąd wynieść, bo pojutrze kafeteria tu wraca - stwierdził tak absurdalnie jak tylko się dało.
Nie próbował tego analizować. Nie wiedział, skąd się brał ten nagły entuzjazm stażysty. Czy sugerował, że Ambroise pił ten eliksir, bo był starym grzybem albo postradał zmysły? Oba na raz? Nic? Miał na myśli chęć zaspokojenia ciekawości czy raczej mówił Greengrassowi, że jest brzydki i nikt by nie odróżnił, gdyby miał grzyby na twarzy? Ambroise najprawdopodobniej powinien nie dociekać przyczyny.
- Eliksir grzyworostu powinien stać na trzeciej półce po prawej - powiedział po minucie milczenia - uważaj, żeby go na siebie nie wylać. Już i tak wyrosną ci dłuższe włosy w nosie - mówił poważnie. Nie groził młodzieńcowi, bo podejście stażysty chwilowo mu nie przeszkadzało. Entuzjazm był całkiem zdrowym uczuciem. Chęć pomocy również, choć najwyraźniej O'Dwyer nie pomyślał w co się tym pakuje. Oj. Nie pomyślał.