10.09.2024, 22:56 ✶
- Świetnie, więc czuj się jak u siebie - stwierdził, choć to nie był standardowy salon.
Miał tu więcej roślin niż u jakiegokolwiek fanatyka kwiatów domowych. Stały w równych i nierównych rzędach. Na stołach, obok stołów, pod stołami. Duże, małe, średnie. W pełni rozkwitu i w fazie wegetacji. Ozdobne, lecznicze, trujące, jadalne i niejadalne. Mógłby długo wymieniać. Najważniejsze, że czuł się tu zabunkrowany. To była jego samotnia zasłonięta od świata. Miał tu swój alkohol, zapasy suszu, wygodne fotele i osobną toaletę z wanną. W gruncie rzeczy to mogło być specyficzne mieszkanie, gdyby wstawił tu łóżko.
Może powinien? Mógłby tu spędzać długie dni. Szczególnie wtedy, jeśli musiałby porzucić pracę w Mungu z powodu tego człowieka, którego tożsamość już poznali.
- Jeśli chodzi o tamtą obietnicę, możesz czuć się zwolniona - odrzekł.
Jasne. Nie zarzucał jej, że kierowała się tylko tym. Nie mieli wieczystej przysięgi ani nic w tym rodzaju. Mogła złamać przyrzeczenie, kiedy tylko chce, ale jeśli kierowała nią jakaś wyższa moralność to właśnie dawał jej furtkę wyjściową. Byli razem w bagnie. Wmieszali się w coś, o czym nie mogli nikomu powiedzieć, ale nie musieli się razem trzymać. To nie miał być klub morderców. Jeśli Geraldine się o to martwiła, to nie miało też zadatku na klub wisielców. Czuł się trochę gorzej, ale był silny. Miał się podnieść na nogi. To była kwestia czasu. Teraz nie czuł się sobą.
- Nieograniczone ilości. Czym chata bogata - powiedział, nieznacznie się skrzywił w rozgoryczonym grymasie i pociągnął łyk parzącej herbaty z prądem - czy coś - chodziło mu, oczywiście, o to, że mogła wybierać i przebierać do woli.
Nawet w szklarni miał pod blatem kilka różnorodnych butelek o różnej ilości procentów. To, że on pił akurat to nie znaczyło, że ona nie mogła uraczyć się domowym winem z winogron lub innych owoców albo czymś jeszcze innym. Naturalnie wskazał głową we właściwym kierunku. Amatorski samogon raczej nie był trunkiem pięknych dam, nawet jeśli te ślicznotki były również zamieszanymi w morderstwo kłusowniczkami.
Jego prywatny wytwór był mocny, nawet trochę za bardzo, ale względnie przyjemny i nie gwarantował kaca. No. Przynajmniej bardzo dużego kaca, bo Ambroise nadal był na etapie eksperymentowania nad tą kwestią. Mity, że bimber nigdy nie był kacogenny mógł sobie włożyć między bajki, gdy był na czwartym roku w Hogwarcie. Oczywiście, tamten był jego ojca. Swój zaczął warzyć tylko trochę później.
Jeśli natomiast chodziło o palenie, bez wahania mógł powiedzieć, że ma wszystko, co roślinne. Od prostego tytoniu z własnej uprawy po materiał do jointów, które teraz palił aż do bardziej niebezpiecznego towaru, który należało traktować z większą powagą. To dawka czyniła truciznę. Lubił to mówić, gdy popalał bardziej kontrowersyjne susze ziołowe z zawartością datury i innych (powszechnie demonizowanych) trucicieli. Kto jak kto, ale Greengrassowie znali swoje rośliny.
Kto wie. Może to działało na jego korzyść. Mało kto uznałby, że jakiś Greengrass mógł wybrać poduszkę wypchaną pierzem nad autorską mieszankę trujących ziół, żeby kogoś zabić. Z wiadomego powodu miano ich za urodzonych trucicieli. Tymczasem klops. Niespodzianka. Miał na rękach krew kogoś, komu odebrał życie przy pomocy bawełny i gęsich piór. Mógłby docenić tę ironię losu, gdyby nie to, że ta sprawa była dla niego tak drażliwa, jakby miała miejsce jeszcze przedwczoraj. Tymczasem minęło... ...sam nie był w stanie powiedzieć, jak długo. Dni rozmywały mu się i zlewały.
- Jakoś się trzymam - machnął ręką.
Bywało lepiej, nieczęsto gorzej, ale jakimś trafem trzymał się życia. Dochodził do siebie. Powoli, jakby choroba złośliwie go trzymała. Może za karę? Gorączka zsyłała na niego mary gorsze niż kiedykolwiek w przeszłych koszmarach. W tych snach przedzierał się przez gęsty las a w następnej chwili rwał zamarzniętą ziemię paznokciami próbując wykopać się zanim zabraknie mu powietrza. Obok niego z ziemi wystawały kości. Rozkładające się żywe czaszki śmiejące się w pogardliwym rechocie. Nie mógł wyjść. Nie mógł uciec. Na samą myśl było mu tylko zimniej, nawet w tak ciepłym pomieszczeniu.
- Ty? - Spytał w celu odwrócenia uwagi. Zaciągnął się jointem i oparł głowę na oparciu okrytym owczą skórą.
Miał tu więcej roślin niż u jakiegokolwiek fanatyka kwiatów domowych. Stały w równych i nierównych rzędach. Na stołach, obok stołów, pod stołami. Duże, małe, średnie. W pełni rozkwitu i w fazie wegetacji. Ozdobne, lecznicze, trujące, jadalne i niejadalne. Mógłby długo wymieniać. Najważniejsze, że czuł się tu zabunkrowany. To była jego samotnia zasłonięta od świata. Miał tu swój alkohol, zapasy suszu, wygodne fotele i osobną toaletę z wanną. W gruncie rzeczy to mogło być specyficzne mieszkanie, gdyby wstawił tu łóżko.
Może powinien? Mógłby tu spędzać długie dni. Szczególnie wtedy, jeśli musiałby porzucić pracę w Mungu z powodu tego człowieka, którego tożsamość już poznali.
- Jeśli chodzi o tamtą obietnicę, możesz czuć się zwolniona - odrzekł.
Jasne. Nie zarzucał jej, że kierowała się tylko tym. Nie mieli wieczystej przysięgi ani nic w tym rodzaju. Mogła złamać przyrzeczenie, kiedy tylko chce, ale jeśli kierowała nią jakaś wyższa moralność to właśnie dawał jej furtkę wyjściową. Byli razem w bagnie. Wmieszali się w coś, o czym nie mogli nikomu powiedzieć, ale nie musieli się razem trzymać. To nie miał być klub morderców. Jeśli Geraldine się o to martwiła, to nie miało też zadatku na klub wisielców. Czuł się trochę gorzej, ale był silny. Miał się podnieść na nogi. To była kwestia czasu. Teraz nie czuł się sobą.
- Nieograniczone ilości. Czym chata bogata - powiedział, nieznacznie się skrzywił w rozgoryczonym grymasie i pociągnął łyk parzącej herbaty z prądem - czy coś - chodziło mu, oczywiście, o to, że mogła wybierać i przebierać do woli.
Nawet w szklarni miał pod blatem kilka różnorodnych butelek o różnej ilości procentów. To, że on pił akurat to nie znaczyło, że ona nie mogła uraczyć się domowym winem z winogron lub innych owoców albo czymś jeszcze innym. Naturalnie wskazał głową we właściwym kierunku. Amatorski samogon raczej nie był trunkiem pięknych dam, nawet jeśli te ślicznotki były również zamieszanymi w morderstwo kłusowniczkami.
Jego prywatny wytwór był mocny, nawet trochę za bardzo, ale względnie przyjemny i nie gwarantował kaca. No. Przynajmniej bardzo dużego kaca, bo Ambroise nadal był na etapie eksperymentowania nad tą kwestią. Mity, że bimber nigdy nie był kacogenny mógł sobie włożyć między bajki, gdy był na czwartym roku w Hogwarcie. Oczywiście, tamten był jego ojca. Swój zaczął warzyć tylko trochę później.
Jeśli natomiast chodziło o palenie, bez wahania mógł powiedzieć, że ma wszystko, co roślinne. Od prostego tytoniu z własnej uprawy po materiał do jointów, które teraz palił aż do bardziej niebezpiecznego towaru, który należało traktować z większą powagą. To dawka czyniła truciznę. Lubił to mówić, gdy popalał bardziej kontrowersyjne susze ziołowe z zawartością datury i innych (powszechnie demonizowanych) trucicieli. Kto jak kto, ale Greengrassowie znali swoje rośliny.
Kto wie. Może to działało na jego korzyść. Mało kto uznałby, że jakiś Greengrass mógł wybrać poduszkę wypchaną pierzem nad autorską mieszankę trujących ziół, żeby kogoś zabić. Z wiadomego powodu miano ich za urodzonych trucicieli. Tymczasem klops. Niespodzianka. Miał na rękach krew kogoś, komu odebrał życie przy pomocy bawełny i gęsich piór. Mógłby docenić tę ironię losu, gdyby nie to, że ta sprawa była dla niego tak drażliwa, jakby miała miejsce jeszcze przedwczoraj. Tymczasem minęło... ...sam nie był w stanie powiedzieć, jak długo. Dni rozmywały mu się i zlewały.
- Jakoś się trzymam - machnął ręką.
Bywało lepiej, nieczęsto gorzej, ale jakimś trafem trzymał się życia. Dochodził do siebie. Powoli, jakby choroba złośliwie go trzymała. Może za karę? Gorączka zsyłała na niego mary gorsze niż kiedykolwiek w przeszłych koszmarach. W tych snach przedzierał się przez gęsty las a w następnej chwili rwał zamarzniętą ziemię paznokciami próbując wykopać się zanim zabraknie mu powietrza. Obok niego z ziemi wystawały kości. Rozkładające się żywe czaszki śmiejące się w pogardliwym rechocie. Nie mógł wyjść. Nie mógł uciec. Na samą myśl było mu tylko zimniej, nawet w tak ciepłym pomieszczeniu.
- Ty? - Spytał w celu odwrócenia uwagi. Zaciągnął się jointem i oparł głowę na oparciu okrytym owczą skórą.