11.09.2024, 11:23 ✶
- Albo nie - wzruszył ramionami zauważając jej nieswojość. - Jak tam sobie chcesz - w tym stanie był niemalże nihilistą wykluczającym wszystko i wszystkich.
Jeśli chciała czuć się tu jak w domu, zapraszał. Jeśli planowała stąd szybko uciec, również nie czuł się tym specjalnie poruszony. Jeżeli uważała skontrolowanie go za swój obowiązek wymuszony tamtą obietnicą, był zobowiązany do tego, żeby zwolnić ją z przyrzeczenia. Jasne, już je odhaczyła. Mogła iść do siebie. Do rodzinnej posiadłości, do domu, do samego Merlina. Niewiele go to teraz obchodziło. Najważniejsze, by było jej tam wygodnie. Tak jak jemu na tym fotelu.
- Zapominasz, że zdobywam doświadczenie w pozbywaniu się ludzi - sarknął ponuro, biorąc haust alkoholu z butelki i popijając to herbatą z prądem.
Tak, podwójny alkohol. Tego mu było trzeba.
W żadnym razie jej, oczywiście, nie groził. To nie była zakamuflowana groźba, że chciał zrobić jej krzywdę. Nic w tym rodzaju. Po prostu był wyjątkowo rozgoryczony tym doborem słów. Pasowały tu dobrze, ale jednocześnie nie były ani trochę przemyślane. Brzmiały jak wredny rechot losu. Oto on. Człowiek pozbywający się ludzi ze swojego życia. Teraz już całkiem dosłownie.
- Nie doceniasz moich możliwości - skwitował. Joint chodził mu przy tym między wargami. Góra - dół, góra - dół.
Dół, dół, dół, dół, dół. Zimny i ziemisty.
Ktoś by pomyślał, że po tym, co jej pokazał powinna mieć w niego dużo mocniejszą wiarę. Od dłuższego czasu zbierał zapasy w szklarni, nie pijąc aż tyle w normalnych okolicznościach. Nie był zadeklarowanym alkoholikiem ani nie spędzał w domu na tyle dużo czasu, żeby znacząco uszczuplać to, co znajdowało się w szklarni. Przy tym, co właśnie robił zwykły Ambroise był niemalże świętym abstynentem. W głównej mierze żył pracą a nie alkoholem. Teraz nie był w stanie tego robić, toteż procenty zgrabnie wskoczyły na drugie miejsce. Na pierwszym było jaranie, które normalnie startowało w wyścigu z pracoholizmem.
- Znakomicie - skinął głową - przynosisz następną butelkę - uprzedził jeszcze, oczywiście, nie mając na myśli wypadu do sklepu tylko przetrzepanie zapasów w szklarni.
Wbrew pesymizmowi Yaxleyówny, mieli tu całkiem spory zapasik procentów. Dopiero zaczynał pić na dużą skalę, więc mogli raczyć się jeszcze przez kilka dni ciągiem, gdyby tak postanowili. W niczym by im to nie pomogło, jasne, ale mogli tak zrobić.
Ambroise nie czuł się urażony. Tak. Stwierdzała fakty. Wiedział, że nie wygląda zbyt dobrze. Po części zawdzięczał to chorobie fizycznej, po części leczeniu się głównie alkoholem i minimalną ilością stałego pokarmu. Reszta była wyłącznie kwestią psychiki, która nawet nie udawała, że chce współpracować z jego organizmem. Owszem, Geraldine mogła ugryźć się w język, ale skoro tego nie zrobiła, on także postanowił być z nią brutalnie szczery.
- Chuja się trzymasz - zawyrokował, patrząc na nią spokojnym, chłodnym spojrzeniem.
Tak samo jak ona rościła sobie prawa, żeby go oceniać, tak jemu wystarczyło jedno spojrzenie, żeby ocenić, że oboje nadal siedzą w tym samym bagnie. Wylewali do niego litry sześcienne alkoholu i wygodnie mościli się na zatopionych gałęziach. Nie było im wygodnie, ale przez ostatnie dni poznali te warunki. Były bezpieczniejsze niż przymusowe pchanie się w świat.
Jasne, nie mógł tu siedzieć przez resztę życia. O ile nie postanowiłby, że miało być krótkie, żałosne, przerwane chorobą i zakończone alkoholem. A tego raczej nie przewidywał. Nie był domorosłym samobójcą. Potrzebował stanąć na nogi. Wiedział, że musi się pozbierać, ale nikt (nawet Geraldine) nie mógł mu mówić, kiedy. Szczególnie nie teraz, gdy poznawali nowe fakty, które trzymały go w żałosnym stanie psychicznym.
- To Rosier - powtórzył po niej bardziej twierdzącym i ponurym głosem.
Nie mógł zaprzeczyć, choć bardzo by tego chciał. Niewiele zmieniało to, kim był wymieniony człowiek, że nie należał do głównej linii rodziny, że nie był synem nikogo istotnego, że po Pokątnej i Nokturnie od dawna krążyły plotki o tym, że był wydziedziczonym przygłupem. Silnym, ale idiotą. Tak. To był Rosier. A po nagłym zniknięciu takie rodziny lubiły rozgłos i nagłe przypływy nostalgii związanej z zaginionym członkiem rodziny. Ambroise w swojej karierze wielokrotnie był świadkiem jak zmarli czarodzieje, których nikt nie odwiedził ani razu nagle stawali się świętymi i wszyscy zapominali o niedawnej pogardzie.
Nie mówił tego Geraldine, ale mogli mieć poważniejsze kłopoty niż martwy przygłup gazeciarz.
- Ile fragmentów błotoryja nadaje się do wykorzystania w przemyśle? - Spytał wprost bez zbędnych ceregieli. Nie musiał dodawać, o jaki przemysł mu chodziło. Moda była tu jednoznaczna.
Jeśli chciała czuć się tu jak w domu, zapraszał. Jeśli planowała stąd szybko uciec, również nie czuł się tym specjalnie poruszony. Jeżeli uważała skontrolowanie go za swój obowiązek wymuszony tamtą obietnicą, był zobowiązany do tego, żeby zwolnić ją z przyrzeczenia. Jasne, już je odhaczyła. Mogła iść do siebie. Do rodzinnej posiadłości, do domu, do samego Merlina. Niewiele go to teraz obchodziło. Najważniejsze, by było jej tam wygodnie. Tak jak jemu na tym fotelu.
- Zapominasz, że zdobywam doświadczenie w pozbywaniu się ludzi - sarknął ponuro, biorąc haust alkoholu z butelki i popijając to herbatą z prądem.
Tak, podwójny alkohol. Tego mu było trzeba.
W żadnym razie jej, oczywiście, nie groził. To nie była zakamuflowana groźba, że chciał zrobić jej krzywdę. Nic w tym rodzaju. Po prostu był wyjątkowo rozgoryczony tym doborem słów. Pasowały tu dobrze, ale jednocześnie nie były ani trochę przemyślane. Brzmiały jak wredny rechot losu. Oto on. Człowiek pozbywający się ludzi ze swojego życia. Teraz już całkiem dosłownie.
- Nie doceniasz moich możliwości - skwitował. Joint chodził mu przy tym między wargami. Góra - dół, góra - dół.
Dół, dół, dół, dół, dół. Zimny i ziemisty.
Ktoś by pomyślał, że po tym, co jej pokazał powinna mieć w niego dużo mocniejszą wiarę. Od dłuższego czasu zbierał zapasy w szklarni, nie pijąc aż tyle w normalnych okolicznościach. Nie był zadeklarowanym alkoholikiem ani nie spędzał w domu na tyle dużo czasu, żeby znacząco uszczuplać to, co znajdowało się w szklarni. Przy tym, co właśnie robił zwykły Ambroise był niemalże świętym abstynentem. W głównej mierze żył pracą a nie alkoholem. Teraz nie był w stanie tego robić, toteż procenty zgrabnie wskoczyły na drugie miejsce. Na pierwszym było jaranie, które normalnie startowało w wyścigu z pracoholizmem.
- Znakomicie - skinął głową - przynosisz następną butelkę - uprzedził jeszcze, oczywiście, nie mając na myśli wypadu do sklepu tylko przetrzepanie zapasów w szklarni.
Wbrew pesymizmowi Yaxleyówny, mieli tu całkiem spory zapasik procentów. Dopiero zaczynał pić na dużą skalę, więc mogli raczyć się jeszcze przez kilka dni ciągiem, gdyby tak postanowili. W niczym by im to nie pomogło, jasne, ale mogli tak zrobić.
Ambroise nie czuł się urażony. Tak. Stwierdzała fakty. Wiedział, że nie wygląda zbyt dobrze. Po części zawdzięczał to chorobie fizycznej, po części leczeniu się głównie alkoholem i minimalną ilością stałego pokarmu. Reszta była wyłącznie kwestią psychiki, która nawet nie udawała, że chce współpracować z jego organizmem. Owszem, Geraldine mogła ugryźć się w język, ale skoro tego nie zrobiła, on także postanowił być z nią brutalnie szczery.
- Chuja się trzymasz - zawyrokował, patrząc na nią spokojnym, chłodnym spojrzeniem.
Tak samo jak ona rościła sobie prawa, żeby go oceniać, tak jemu wystarczyło jedno spojrzenie, żeby ocenić, że oboje nadal siedzą w tym samym bagnie. Wylewali do niego litry sześcienne alkoholu i wygodnie mościli się na zatopionych gałęziach. Nie było im wygodnie, ale przez ostatnie dni poznali te warunki. Były bezpieczniejsze niż przymusowe pchanie się w świat.
Jasne, nie mógł tu siedzieć przez resztę życia. O ile nie postanowiłby, że miało być krótkie, żałosne, przerwane chorobą i zakończone alkoholem. A tego raczej nie przewidywał. Nie był domorosłym samobójcą. Potrzebował stanąć na nogi. Wiedział, że musi się pozbierać, ale nikt (nawet Geraldine) nie mógł mu mówić, kiedy. Szczególnie nie teraz, gdy poznawali nowe fakty, które trzymały go w żałosnym stanie psychicznym.
- To Rosier - powtórzył po niej bardziej twierdzącym i ponurym głosem.
Nie mógł zaprzeczyć, choć bardzo by tego chciał. Niewiele zmieniało to, kim był wymieniony człowiek, że nie należał do głównej linii rodziny, że nie był synem nikogo istotnego, że po Pokątnej i Nokturnie od dawna krążyły plotki o tym, że był wydziedziczonym przygłupem. Silnym, ale idiotą. Tak. To był Rosier. A po nagłym zniknięciu takie rodziny lubiły rozgłos i nagłe przypływy nostalgii związanej z zaginionym członkiem rodziny. Ambroise w swojej karierze wielokrotnie był świadkiem jak zmarli czarodzieje, których nikt nie odwiedził ani razu nagle stawali się świętymi i wszyscy zapominali o niedawnej pogardzie.
Nie mówił tego Geraldine, ale mogli mieć poważniejsze kłopoty niż martwy przygłup gazeciarz.
- Ile fragmentów błotoryja nadaje się do wykorzystania w przemyśle? - Spytał wprost bez zbędnych ceregieli. Nie musiał dodawać, o jaki przemysł mu chodziło. Moda była tu jednoznaczna.